Piramidy

Tytuł: Piramidy
Tytuł oryginału: Pyramids
Autor(zy): Terry Pratchett
Tłumaczenie: Piotr W. Cholewa
Rok wydania: 1989 (ENG), 1999(PL)
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka

Dlaczego w bazie: Piramidy to siódma część cyklu Świas Dysku, i druga (po Pomniejszych Bóstwach) książka w ramach tego cyklu jeśli chodzi o natężenie żółwich kwestii. A że właściwie każdy fragment jest istotny, i są długawe, to pokazujemy je wszystkie. Na początek dosyć standardowo, A’Tuin:

Świat sunie leniwie i okazuje się, że jest on światem Dysku – płaskim, okrągłym, niesionym przez kosmos na grzbietach czterech słoni, stojących z kolei na skorupie Wielkiego A’Tuina, jedynego żółwia, który figuruje na diagramie Hertzsprunga-Russella, żółwia długiego na dziesięć tysięcy mil, obsypanego szronem martwych komet, z krostami kraterów meteorytowych i oczami mającymi albedo. Nikt nie zna przyczyny tego stanu rzeczy, ale prawdopodobnie jest kwantowa.
Wiele z tego, co dziwne, może się zdarzyć w świecie jak ten, umieszczonym na grzbiecie żółwia.1

Kolejne dwie wzmianki (pojawiają się osobno) to swoisty wstęp do długawych fragmentów obecnych w późniejszej części książki:

Energia spływająca z ich parakosmicznych wierzchołków może – w dalszych częściach – rozjaśnić wiele tajemnic: dlaczego żółwie nienawidzą filozofii, dlaczego przesadna religijność źle wpływa na kozy i co naprawdę robią podręczne.2

Ale ten sen był stary, śnił mu się niemal każdej nocy… A potem jakiś człowiek strzelał z łuku do żółwia…3

Pierwszy z długich żółwich fragmentów, dobrze odpowiadający na pytanie czemu żółwiom nie po drodze z (niektórymi) filozofami:

Teppic bez entuzjazmu uznał jej argumentację i ostrożnie podczołgał się po sypkiej powierzchni wydmy. Glosy znów się kłóciły:
– Zrezygnować?
– Po prostu nie ustaliliśmy poprawnie wszystkich parametrów.
– Powiem ci, co tu jest niepoprawne.
– A cóż takiego?
– To, że nie mamy więcej tych przeklętych żółwi. To jest niepoprawne.
Teppic ostrożnie wysunął głowę nad szczyt wydmy. Zobaczył rozległy otwarty plac, otoczony rzędami skomplikowanych znaczników i chorągiewek. Stały tam jeden czy dwa budynki, złożone głównie z klatek, i kilka dziwnych konstrukcji, których zastosowania się nie domyślał. Pośrodku zobaczył dwóch mężczyzn: jeden niski, gruby i rumiany, drugi wysoki, smukły, z wyraźnie władczą miną. Ubrani byli w prześcieradła. Wokół nich tłoczyła się grupka niewolników, ubranych w prawie nic. Jeden trzymał łuk. Kilku zaś trzymało żółwie na patykach. Wyglądały żałośnie, jak żółwiowe lizaki.
– Poza tym to okrutne – powiedział wyższy mężczyzna. – Biedne zwierzątka. Tak smutnie wyglądają ze zwisającymi łapkami.
– To logicznie niemożliwe, żeby strzała w nie trafiała! – Gruby mężczyzna rozłożył ręce. – Nie powinna! Pewnie dostarczasz mi nieodpowiednich żółwi – dodał oskarżycielskim tonem. – Powinniśmy spróbować jeszcze raz, z szybszymi.
– A może wolniejsze strzały?
– Możliwe, możliwe.
Teppic poczuł jakiś ruch przy policzku. Obok przebiegał truchtem nieduży żółw. Miał na skorupie kilka śladów po rykoszetach.
– Spróbujemy ostatni raz – zdecydował gruby. Zwrócił się do niewolników: – Hej, wy. Idźcie poszukać żółwia.
Nieduży gad spojrzał na Teppica z nadzieją i błaganiem. Chłopak patrzył przez chwilę, po czym podniósł zwierzę i starannie ukrył za kamieniem. Zsunął się z wydmy do Ptraci.
– Tam się dzieje coś dziwnego – szepnął. – Strzelają do żółwi.
– Dlaczego?
– Nie mam pojęcia. Myślą chyba, że żółw powinien uciec.
– Co? Przed strzałą?
– Przecież mówiłem, że to dziwne. Zostań tu. Gwizdnę, kiedy uznam, że możesz bezpiecznie iść za mną.4

Potem temat tego co właściwie Ci filozofowie robią jest rozwinięty:

– Jestem Xenon – przedstawił się grubas, zanim Teppic zdążył się odezwać. – Nie zostałeś ranny? Postawiliśmy tablice ostrzegawcze, jestem tego pewien. Przyjechałeś od strony pustyni? Na pewno jesteś spragniony. Napijesz się czegoś? Kim jesteś? Nie widziałeś tu przypadkiem żółwia? Wściekle szybkie bestie, pędzą jak naoliwione błyskawice. Nie można łobuzów zatrzymać.
Teppic wypuścił powietrze.
– Żółwie? – zdziwił się. – Czy mówimy o tych, no, o kamieniach z nóżkami?
– Zgadza się, właśnie o nich – potwierdził Xenon. – Wystarczy je spuścić z oka i zziut!
– Zziut? – powtórzył Teppic.
Znał żółwie. Żyły w Starym Państwie. Można je było określić na wiele sposobów: jako wegetarian, okazy cierpliwości, myślicieli, nawet upartych i niezmożonych maniaków seksualnych… Ale nigdy, przynajmniej do tej chwili, nie jako szybkobiegaczy. Słowo „szybkość” kojarzy się z żółwiami, ponieważ nigdy takie nie są.
– Jesteś pewien? – zapytał.
– Taki zwykły żółw to najszybsze zwierzę na powierzchni Dysku – oświadczył Xenon, choć minę miał odrobinę niepewną. – To znaczy logicznie rzecz biorąc – dodał.
Wyższy z mężczyzn skinął Teppicowi głową.
– Nie zwracaj na niego uwagi, chłopcze – poradził. – Próbuje się wytłumaczyć. To przez ten wypadek w zeszłym tygodniu.
– Ale żółw prześcignął zająca – oświadczył z uporem Xenon.
– Zając był martwy, Xenonie – tłumaczył cierpliwie wysoki.
– Ponieważ go zastrzeliłeś.
– Celowałem w żółwia. Wiesz, chciałem połączyć dwa eksperymenty, skrócić kosztowny czas badań, w pełni wykorzystać dostępne środki… – Xenon machnął łukiem, w którym tkwiła już kolejna strzała.
– Przepraszam – wtrącił Teppic. – Czy mógłbyś odłożyć go na chwilę? Ja i moja przyjaciółka przybywamy z daleka i miło by nam było, gdyby nikt do nas nie strzelał.
Ci dwaj wyglądają na nieszkodliwych, pomyślał i niemal w to uwierzył. Gwizdnął. Na ten sygnał Ptraci wyszła zza wydmy, prowadząc za sobą Ty Drania. Teppic wątpił, czyjej strój mógł mieć jakiekolwiek kieszenie, ale wyraźnie zdołała jakoś poprawić makijaż, umalować oczy i uczesać włosy. Sunęła w stronę całej trójki miękko jak wąż na saniach, zdecydowana uderzyć obcych pełną mocą swej osobowości. Trzymała coś w dłoni.
– Znalazła żółwia! – zawołał Xenon. – Zuch dziewczyna!
Gad błyskawicznie skrył się w skorupie. Ptraci zmarszczyła czoło. Na tym świecie nie miała prawie nic oprócz siebie, i nie podobało się jej, że witają w niej jedynie trzymak żółwiowatych.
Wyższy mężczyzna westchnął.
– Wiesz, Xenonie – powiedział – nie mogę pozbyć się myśli, że źle się zabierasz do całej tej sprawy z żółwiem i strzałą. Niski spojrzał na niego z urazą.
– Kłopot z tobą, Ibidzie – odparł – polega na tym, że uważasz się za największy przeklęty autorytet we wszystkim.5

Jest też scenka w której ktoś o żółwika dba:

Ptraci siedziała pod drzewem i karmiła żółwia liśćmi winorośli.6

Dalsze próby wyjaśnienia „eksperymentu”:

– Wciąż nie rozumiem, co z tym żółwiem – powiedział z niejakimi trudnościami. Właśnie wypił pierwszy łyk efebiańskiego wina, które najwyraźniej oblepiło mu gardło.
– Całkiem proste – wyjaśnił Xenon. – Popatrz. Powiedzmy, że ta pestka oliwki będzie strzałą, a ta… – rozejrzał się z roztargnieniem – a ta ogłuszona mewa żółwiem. Tak? Teraz, kiedy wypuścisz strzałę, ona leci do me… do żółwia. Mam rację?
– Chyba tak, ale…
– Ale, przez ten czas, me… żółw przesunie się kawałek. Mam rację?
– Chyba tak – przyznał bezradnie Teppic. Xenon spojrzał na niego tryumfalnie.
– Czyli strzała musi lecieć trochę dalej, do miejsca, gdzie żółw jest w tej chwili. Tymczasem żółw przele… przeszedł jeszcze kawałek. Niedużo, przyznaję, ale nie musi być dużo. Mam rację? Zatem strzała ma trochę dłuższą drogę, ale sęk w tym, że zanim doleci do miejsca, gdzie żółw jest teraz, żółwia już tam nie ma. Czyli, jeśli tylko żółw się nie zatrzyma, strzała na pewno go nie trafi. Zbliża się coraz bardziej i bardziej, ale nie trafia. QED.
– Masz rację? – spytał odruchowo Teppic.
– Nie – odparł spokojnie Ibid. – Tuzin żółwich kebabów dowodzi, że się myli. Problem z moim przyjacielem polega na tym, że nie odróżnia postulatu od metafory ludzkiej egzystencji. Ani od dziury w ziemi.7

Ptraci wciąż dbała o żółwia:

– To fakt – zgodził się Xenon. – Zwłaszcza zabitym. Zapadła nerwowa cisza, zakłócana jedynie głosem Ptraci, śpiewającej coś żółwiowi, i z rzadka piskiem trafionej mewy.8

Fragment ciekawy, bo można go uznać za swego rodzaju zapowiedź kolejnej żółwiej książki, Pomniejszych Bóstw:

Znalazł Ptraci siedzącą pod topolą. Karmiła żółwia. Teppic przyjrzał mu się podejrzliwie na wypadek, gdyby był to jakiś bóg, próbujący swoich sztuczek. Żółw nie wyglądał na boga. Jeśli nawet nim był, to grał znakomicie.
Ptraci karmiła go liściem sałaty.
– Biedne małe stworzonko – powiedziała i podniosła głowę. – A, to ty – dodała obojętnie.9

Jedyne w książce ściśle „porównawcze” przywołanie żółwi:

Bicepsy Gerna poruszały się niczym żółwie w misce smaru.10



1. For, as the world tumbles lazily, it is revealed as the Discworld—flat, circular, and carried through space on the back of four elephants who stand on the back of Great A’tuin, the only turtle ever to feature on the Hertzsprung-Russell Diagram, a turtle ten thousand miles long, dusted with the frost of dead comets, meteor-pocked, albedo-eyed. No one knows the reason for all this, but it is probably quantum.
Much that is weird could happen on a world on the back of a turtle like that.


2. The energy streaming up from their paracosmic peaks may, in chapters to come, illuminate many mysteries: why tortoises hate philosophy, why too much religion is bad for goats, and what it is that handmaidens actually do.


3. But that was an old dream, he dreamed that one nearly every night… And then there was a man firing arrows at a tortoise…


4. Teppic conceded this, rather reluctantly, and eased himself cautiously up the sliding surface of the dune. The voices were arguing again:
“Give in?”
“We simply haven’t got all the parameters right.”
“I know what we haven’t got all right.”
“What is that, pray?”
“We haven’t got anymore bloody tortoises. That’s what we haven’t got.”
Teppic carefully poked his head over the top of the dune. He saw a large cleared area, surrounded by complicated ranks of markers and flags. There were one or two buildings in it, mostly consisting of cages, and several other intricate constructions he could not recognize. In the middle of it all were two men—one small, fat and florid, the other tall and willowy and with an indefinable air of authority. They were wearing sheets. Clustered around them, and not wearing very much at all, was a group of slaves. One of them was holding a bow.
Several of them were holding tortoises on sticks. They looked a bit pathetic, like tortoise lollies.
“Anyway, it’s cruel,” said the tall man. “Poor little things. They look so sad with their little legs waggling.”
“It’s logically impossible for the arrow to hit them!” The fat man threw up his hands. “It shouldn’t do it! You must be giving me the wrong type of tortoise,” he added accusingly. “We ought to try again with faster tortoises.”
“Or slower arrows?”
“Possibly, possibly.”
Teppic was aware of a faint scuffling by his chin. There was a small tortoise scurrying past him. It had several ricochet marks on its shell.
“We’ll have one last try,” said the fat man. He turned to the slaves. “You lot—go and find that tortoise.”
The little reptile gave Teppic a look of mingled pleading and hope. He stared at it, and then lifted it up carefully and tucked it behind a rock.
He slid back down the dune to Ptraci.
“There’s something really weird going on over there,” he said. “They’re
shooting tortoises.”
“Why?”
“Search me. They seem to think the tortoise ought to be able to run away.”
“What, from an arrow?”
“Like I said. Really weird. You stay here. I’ll whistle if it’s safe to follow me.”


5. “Xeno’s the name,” gasped the fat man, before he could speak. “Are you hurt? We did put up warning signs, I’m sure. Did you come in over the desert? You must be thirsty. Would you like a drink? Who are you? You haven’t seen a tortoise up there, have you? Damned fast things, go like greased thunderbolts, there’s no stopping the little buggers.”
Teppic deflated again.
“Tortoises?” he said. “Are we talking about those, you know, stones on legs?”
“That’s right, that’s right,” said Xeno. “Take your eyes off them for a second, and vazoom!”
“Vazoom?” said Teppic. He knew about tortoises. There were tortoises in the Old Kingdom. They could be called a lot of things—vegetarians, patient, thoughtful, even extremely diligent and persistent sex-maniacs—but never, up until now, fast. Fast was a word particularly associated with tortoises because they were not it.
“Are you sure?” he said.
“Fastest animal on the face of the Disc, your common tortoise,” said Xeno, but he had the grace to look shifty. “Logically, that is,” he added.*.
The tall  man gave Teppic a nod.
“Take no notice of him, boy,” he said. “He’s just covering himself because of the accident last week.”
“The tortoise did beat the hare,” said Xeno sulkily.
“The hare was dead, Xeno,” said the tall man patiently. “Because you shot it.”
“I was aiming at the tortoise. You know, trying to combine two experiments, cut down on expensive research time, make full use of available—” Xeno gestured with the bow, which now had another arrow in it.
“Excuse me,” said Teppic. “Could you put it down a minute? Me and my friend have come a long way and it would be nice not to be shot at again.”
These two seem harmless, he thought, and almost believed it.
He whistled. On cue, Ptraci came around the dune, leading You Bastard. Teppic doubted the capability of her costume to hold any pockets whatsoever, but she seemed to have been able to repair her make-up, re-kohl her eyes and put up her hair. She undulated toward the group like a snake in a skid, determined to hit the strangers with the full force of her personality. She was also holding something in her other hand.
“She’s found the tortoise!” said Xeno. “Well done!”
The reptile shot back into its shell. Ptraci glared. She didn’t have much in the world except herself, and didn’t like to be hailed as a mere holder of testudinoids.
The tall man sighed. “You know, Xeno,” he said, “I can’t help thinking you’ve got the wrong end of the stick with this whole tortoise-and-arrow business.”
The little man glared at him.
“The trouble with you, Ibid,” he said, “is that you think you’re the biggest bloody authority on everything.”


6. Ptraci sat under the tree, feeding the tortoise on vine leaves.


7. “But I still don’t understand about the tortoise,” he said, with some difficulty. He’d just taken his first mouthful of Ephebian wine, and it had apparently varnished the back of his throat.
“’S quite simple,” said Xeno. “Look, let’s say this olive stone is the arrow and this, and this—” he cast around aimlessly—“and this stunned seagull is the tortoise, right? Now, when you fire the arrow it goes from here to the seag—the tortoise, am I right?”
“I suppose so, but—”
“But, by this time, the seagu—the tortoise has moved on a bit, hasn’t he? Am I right?”
“I suppose so,” said Teppic, helplessly. Xeno gave him a look of triumph.
“So the arrow has to go a bit further, doesn’t it, to where the tortoise is now. Meanwhile the tortoise has flow—moved on, not much, I’ll grant you, but it doesn’t have to be much. Am I right? So the arrow has a bit further to go, but the point is that by the time it gets to where the tortoise is now the tortoise isn’t there. So, if the tortoise keeps moving, the arrow will never hit it. It’ll keep getting closer and closer but never hit it. QED.”
“Are you right?” said Teppic automatically.
“No,” said Ibid coldly. “There’s a dozen tortoise kebabs to prove him wrong. The trouble with my friend here is that he doesn’t know the difference between a postulate and a metaphor of human existence. Or a hole in the ground.”


8. “There is that,” Xeno agreed. “Especially for dead people.”There was an embarrassed silence, broken only by Ptraci’s voice singing to the tortoise and the occasional squeak of stricken seagulls.


9. He found Ptraci sitting on the grass under a poplar tree, feeding the tortoise. He gave it a suspicious look, in case it was a god trying it on. It did not look like a god. If it was a god, it was putting on an incredibly good act.
She was feeding it a lettuce leaf.
“Dear little tortoise,” she said, and then looked up. “Oh, it’s you,” she said flatly.


10. Gern’s biceps moved like turtles in grease.


Autor: XYuriTT

Dodaj do zakładek Link.

Komentarze są wyłączone.