Najwspanialsze widowisko świata. Świadectwa ewolucji

Tytuł: Najwspanialsze widowisko świata. Świadectwa ewolucji
Tytuł oryginału: The Greatest Show on Earth: The Evidence for Evolution
Autor(zy): Richard Dawkins
Tłumaczenie: Piotr J. Szwajcer
Rok wydania: 2009 (ENG), 2010 (PL)
Wydawnictwo: Transworld (ENG), CiS (PL)

Dlaczego w bazie: Bardzo żółwia pozycja! Na tyle, że musieliśmy dokonać pewnej selekcji tekstów, wydawca jednak mógłby uznać wrzucenie żywcem 8-9 stron tekstu za pewne nadużycie. Zdecydowaliśmy się więc na wrzucenie czterech normalnych kawałków w których mowa o żółwiach w innych miejscach, dwóch kawałków z wymienionej dziewięciostronicowej sekcji, do tego dwa kawałki z kolorowych wkładek oraz dwa przypisy.

Pierwszy żółwi element mówi o Galapagos, tym skąd wzięły swa nazwę (ptaszek o którym mowa to Kanarek, Canary, jak wyspy kanaryjskie):

(Tym razem to ptak otrzymał nazwę od wysp[24], a nie odwrotnie, jak w przypadku Wysp Galapagos, których nazwa wywodzi się od hiszpańskiego słowa oznaczającego żółwia).1

Drugi kawałek porusza kwestię problemu z terminem „gady”, wspomniane są w tym kontekście oczywiście żółwie:

Dlatego konsekwentni kladyści unikają dziś używania terminu „gady” i mówią raczej o archozaurach (do których zaliczają krokodyle, dinozaury i ptaki), lepidozaurach (węże, jaszczurki, a także bardzo rzadki Sphenodon (hatteria) z Nowej Zelandii) i żółwiach. Zoolodzy nieco mniej przywiązani do kladystyki nadal jednak posługują się kategorią „gady”, choćby dlatego, że z różnych względów jest ona bardzo wygodna (jakkolwiek w sposób sztuczny wyklucza ptaki).2

Kolejna wzmianka to a jakże, żółw w wymieniance różnych zwierzaków które powróciły z lądu do wody:

Lista powracających na tym się nie kończy, trzeba bowiem dopisać jeszcze błotniarkowate (Lymnaeidae), darownikowate (Pisuaridae, zwane też pająkami wodnymi), chrząszcze wodne, krokodyle, wydry morskie, węże morskie, rzęsorki, kormorany nieloty i morskie legwany z Galapagos, japoki (dydelfy wodne, czyli morskie torbacze z Ameryki Południowej), dziobaki, pingwiny i żółwie.3

Kolejne dwa kawałki, i tak bardzo długie, pochodzą z wspomnianego ogromnego fragmentu o żółwiach:

Przejdźmy teraz do kolejnej grupy zwierząt, które postanowiły wrócić do wody — przykład o tyle intrygujący, iż niektórzy bohaterowie tej opowieści okazali się bardzo niezdecydowani i po pewnym czasie porzucili wodne środowisko, by powtórnie wyjść na ląd. Żółwie — bo o nich właśnie mowa — to w ogóle bardzo ciekawy przypadek. Na przykład ich powrót do wody był mniej konsekwentny niż wielorybów i diugoni, gdyż nadal składają jaja na plażach. Jak wszystkie kręgowce, które zdecydowały się na wodny tryb życia, żółwie nie zrezygnowały z oddychania powietrzem, ale część z nich poradziła sobie z tym problemem lepiej niż walenie — otóż niektóre żółwie pobierają też dodatkowo tlen z wody za pomocą mieszczących się w tylnej części ciała specjalnych silnie ukrwionych komór. Pewien australijski żółw rzeczny pozyskuje nawet w ten sposób większość niezbędnego mu tlenu (żaden Australijczyk zapewne nie zawahałby się przed stwierdzeniem, że ten żółw oddycha tyłkiem)[53].
Pierwsze, co przychodzi na myśl w przypadku żółwi, to oczywiście skorupa. Od razu nasuwa się pytanie, jak ta struktura wyewoluowała i — znów — jak wyglądały kolejne zmiany. Gdzie są „brakujące ogniwa”? Ba — jakiś kreacjonistyczny zelota mógłby też spytać, „jaki jest pożytek z połowy pancerza”.
Cóż — szczęśliwie tak się składa, że odkryte ostatnio skamieniałości pozwalają podać całkiem zadowalającą odpowiedź na tak postawione pytania. Artykuł opisujący to znalezisko ukazał się w „Nature” dosłownie na kilka dni, nim pierwsza wersja mojej książki trafiła do wydawcy, a jego bohaterem jest morski żółw, odnaleziony w osadach późnego triasu w południowo-zachodnich Chinach. Wiek znaleziska, które ochrzczono mianem Odontochelys semitestacea, naukowcy szacują na dwieście dwadzieścia milionów lat. Nie trzeba nawet biegle znać łaciny, by z samej nazwy gatunkowej wydedukować jedną istotną różnicę między triasowym stworzeniem a jego dzisiejszymi kuzynami, a mianowicie posiadanie zębów. To jednak nie wszystko — otóż O. semitestacea miał też tylko połowę skorupy, a do tego ogon znacznie dłuższy niż dzisiejsi przedstawiciele tego rzędu. Te trzy cechy anatomii czynią go niemal idealnym „brakującym ogniwem”. W każdym razie brzuch tego gada już osłaniała twarda okrywa, bardzo podobna do tzw. plastronów, jakie mają w tym miejscu współczesne żółwie morskie, natomiast górnej części pancerza (poprawnie zwanej „karapaksem”), praktycznie nie było. Wszystko wskazuje, że grzbiet zwierzęcia był relatywnie miękki, jak u współczesnych jaszczurek, jedynie w środkowej partii kręgosłupa występowały kostne wyrostki (jak u krokodyla), a żebra były nieco spłaszczone, jakbyśmy właśnie byli świadkami ewolucyjnych początków czegoś, co po milionach lat miało się zmienić w skorupę.4

Jeśli przyjrzymy się drzewu rodowemu współczesnych żółwi (opracowanemu głównie na podstawie kryteriów molekularnych), dostrzeżemy z łatwością, że praktycznie wszystkie odgałęzienia tego drzewa reprezentują gatunki wodne (nazwa normalną czcionką). Żółwie lądowe (czcionka pogrubiona) to współcześnie jedna gałąź (Testudinidae), z obu stron otoczona przez gatunki morskie (skądinąd swoich najbliższych żyjących kuzynów). Wiele zatem wskazuje, iż rzeczywiście niegdyś ich żyjący w morzach przodkowie zdecydowali się powtórnie zasiedlić ląd, i taki wariant ewolucyjnej historii jest całkiem spójny z koncepcją „wodnej” ewolucji skorupy, jak w przypadku odontochelysa. W tym momencie pojawia się jednak dodatkowy problem. Jeśli przyjrzymy się uważniej przedstawionemu na poprzedniej stronie drzewu rodowemu żółwi, zauważymy, że poza rodziną Testudinidae (obejmującą wszystkie współcześnie żyjące żółwie) obejmuje ono też dwa wymarłe, znane tylko ze skamieniałości rodzaje: Proganochelys[55] i Palaeochersis. Te rodzaje biolodzy uważają dziś za grupujące zwierzęta lądowe z powodów, do których dojdziemy w następnym akapicie. Widzimy je na prawo od gałęzi reprezentujących żółwie wodne.
Przed odkryciem odontochelysa właśnie Proganochelys i Palaeochersis uznawano za najstarsze znane żółwie, zresztą podobnie jak O. semitestacea zwierzęta te żyły w triasie, tyle że jakieś piętnaście milionów lat później od swego zębatego kuzyna. Zgodnie z pierwszymi rekonstrukcjami gatunki te uznawano za słodkowodne, jednak późniejsze świadectwa pozwoliły umieścić je w ich właściwym środowisku, czyli na lądzie. Jak naukowcy dochodzą do takich wniosków? Jak stwierdzają, czy wymarłe zwierzę, które zwykle znamy tylko z fragmentów skamieniałych kości, żyło w wodzie czy na lądzie? Cóż, czasem jest to całkiem proste. Na przykład ichtiozaury to współczesne dinozaurom gady, wyposażone w płetwy i o opływowych kształtach. Ich skamieniałe szczątki przypominają szkielety współczesnych delfinów i dlatego nie ma najmniejszych wątpliwości, że tak jak delfiny żyły one w wodzie. W przypadku żółwi sprawa nie jest aż tak prosta, ale — czego raczej nietrudno się domyślić — kluczową wskazówkę daje pokrój kończyn: płetwy zdecydowanie różnią się od nóg służących do chodzenia. Ta zdroworozsądkowa obserwacja nie wystarczyła jednak Walterowi Joyce’owi i Jacques’owi Gauthierowi z Yale University, którzy postanowili nadać jej postać wskaźników ilościowych. W tym celu przyjęli trzy kluczowe miary długości kości „ramienia” i „dłoni” i przeanalizowali, jak przedstawiają się one u ponad siedemdziesięciu gatunków żyjących żółwi. Z przykrością — i tylko z racji braku miejsca — odstępuję od szczegółowego omówienia analiz Joyce’a i Gauthiera; z naszego punktu widzenia najważniejsze, że wnioski były jednoznaczne: kończyny Proganochelys i Palaeochersis to zdecydowanie bardziej nogi niż płetwy — te zwierzęta prowadziły lądowy tryb życia. Były jednak zaledwie dalekimi krewnymi współczesnych żółwi lądowych.
I tu właśnie pojawia się pewien problem. Jeśli bowiem autorzy artykułu opisującego odontochelysa mają rację i ich połowicznie opancerzona skamieniałość dowodzi, że żółwi pancerz ewoluował w wodzie, jak wytłumaczyć obecność na lądzie (!) dwóch w pełni opancerzonych rodzajów piętnaście milionów lat później! Otóż przed odkryciem odontochelysa sam byłem zwolennikiem tezy, że Proganochelys i Palaeochersis to zwierzęta lądowe, których skorupy wyewoluowały właśnie na lądzie, i przedstawiciele gatunków, które jeszcze nie zdecydowały się na powrót do wody. Uważałem, że dopiero później niektóre okryte już skorupą żółwie wróciły do wody (to samo, tyle że znacznie później, uczyniły foki, wieloryby i diugonie), te, które nie poszły w ich ślady, wyginęły, a współczesne żółwie lądowe są potomkami osobników, którzy zdecydowali się po kolejnych milionach lat na kolejną lądową eskapadę. Tak właśnie myślałem — ba, tak nawet napisałem w pierwszej wersji tego rozdziału, ale jak już mówiłem, powstała ona jeszcze przed publikacją w „Nature”, a odkrycie odontochelysa całe to myślenie postawiło na głowie. W każdym razie dziś rozważać musimy trzy możliwości, wszystkie zresztą równie intrygujące:
1. Proganochelys i Palaeochersis to potomkowie rodzajów od dawna zamieszkujących środowisko lądowe, ale niektóre zwierzęta z tej grupy (w tym przodek odontochelyksa) wcześniej już zdecydowały się wrócić do wody. Zgodnie z tą hipotezą skorupa wyewoluowała wcześniej, jeszcze na lądzie, a u O. semitestacea, zwierzęcia wodnego, doszło do zaniku karapaksu i pozostał tylko plastron.
2. Pancerz ewoluował już w wodzie, a zgodnie z sugestią chińskich badaczy pierwszy wykształcił się plastron okrywający spodnią część ciała i dopiero potem wierzchnia skorupa. Przy tym założeniu Proganochelys i Palaeochersis, które żyły piętnaście milionów lat po częściowo opancerzonym odontochelyksie i to w dodatku na lądzie, a nie w wodzie, musimy uznać za przedstawicieli innej linii ewolucyjnej, w której niezależnie wyewoluował pancerz. Jest wreszcie trzecia możliwość:
3. Proganochelys i Palaeochersis to też przypadek ponownego wyjścia z wody na ląd, tyle że nastąpiło ono wcześniej! Przyznacie, że to dość ekscytująca ewentualność.
W każdym razie w zasadzie dziś jesteśmy już praktycznie pewni, że żółwie to rząd o dość wyjątkowej ewolucyjnej biografii: najdawniejsze lądowe „żółwioidy” postanowiły w pewnym momencie wrócić do wodnego środowiska rybich przodków i stały się żółwiami morskimi, a później niektóre z nich zdecydowały się na podróż w drugą stronę i ponowny powrót na ląd i tak powstała nowa inkarnacja żółwi lądowych, czyli współczesne Testudinidae. Tego, jak już mówiłem, jesteśmy już dziś praktycznie pewni. Najnowsze odkrycia stworzyły jednak zupełnie nową perspektywę i teraz nie możemy wykluczyć, że ta żółwia wyprawa „tam i z powrotem” nastąpiła aż dwukrotnie. Owocem jednej z nich są współczesne żółwie lądowe, a po drugiej, o wiele dawniejszej, pozostały nam skamieniałości żyjących w triasie Proganochelys i Palaeochersis.5

Następny kawałek dotyczy w małym stopniu Darwina i Galapagos, głównie zaś samego tego, skąd się taka różnorodność żółwi an tychże wyspach wzieła:

Jednym z rozmówców Darwina na Galapagos był wicegubernator wysp, Lawson. Darwin był wielce zdziwiony, gdy dowiedział się od niego, że:
[…] żółwie z rozmaitych wysp różnią się pomiędzy sobą i mógł z pewnością określić, z jakiej wyspy jaki gatunek został przywieziony. Przez długi czas nie zwracałem na twierdzenie to dostatecznej uwagi, a zbiory z dwóch wysp pomieszałem z sobą po części. Nigdy wszakże nie przypuszczałem, aby wyspy odległe od siebie blisko o pięćdziesiąt lub sześćdziesiąt mil, leżące naprzeciwko siebie, składające się z tych samych skał, leżące w tym samym klimacie i wznoszące się do tej samej prawie wysokości — posiadały odmiennych mieszkańców9.
Wszystkie wielkie żółwie z Galapagos są dość podobne do żyjącego na kontynencie południowoamerykańskim Geochelone chilensis, tyle że są od niego znacznie większe. W czasie paru milionów lat istnienia Archipelagu raz lub parę razy mogło się zdarzyć, że jakiegoś żółwia porwał odpływ. Jak udało się zwierzęciu przetrwać tę długą i nader uciążliwą przeprawę? Cóż — większości na pewno się to nie udało, ale do naszych celów najzupełniej wystarczy jedna zapłodniona samica. Nie można też zapominać, że żółwie są zaskakująco dobrze przygotowane do takich morskich wypraw. Niegdyś wielorybnicy tysiącami zabierali żółwie z Galapagos, stanowiły one bowiem bardzo ważne uzupełnienie diety. Żeby mięso było świeże, zwierząt nie zabijano, ale oczywiście nie karmiono ich, ani nie dawano im wody. Marynarze po prostu układali je na grzbiecie, często w kilku warstwach, żeby uniemożliwić ucieczkę. Opowiadam tę historię nie po to, by was przerazić (choć mnie takie okrucieństwo przeraża), ale żeby pokazać, jak wiele żółw potrafi znieść — całe tygodnie bez jedzenia i wody pitnej; a to zupełnie wystarczy, żeby, płynąc z prądem Humboldta, dopłynąć z Ameryki Południowej do Archipelagu Galapagos (a żółwie potrafią pływać). Gdy zaś żółwie dotarły do pierwszej z wysp i odpowiednio się rozmnożyły, historia się powtórzyła i opanowały resztę Archipelagu. Pamiętajmy — tu miały o wiele mniejsze dystanse do pokonania. I kiedy już rozgościły się na dobre, zrobiły to, co robi wiele gatunków zwierząt, kiedy znajdzie się na wyspie: ewoluowały do większych rozmiarów. Taki „wyspowy gigantyzm” jest zjawiskiem od dawna znanym nauce (istnieje też tendencja przeciwna, czyli „wyspowe karłowacenie”[73]). Gdyby teraz z żółwiami stało się to, co ze słynnymi ziębami Darwina, na każdej wyspie wyewoluowałby odrębny gatunek. Potem, nawet gdyby któryś trafił na inną wyspę, i tak nie mogłyby się krzyżować (jak pamiętamy, to definicyjny wyznacznik przynależności do różnych gatunków) i spokojnie mogłyby ewoluować dalej, ku zupełnie odmiennym stylom życia, bo nie groziłoby już międzypopulacyjne mieszanie genów.
Podobnie zachowały się żółwie, które wyewoluowały odmienne kształty — gatunki żyjące na wyspach mają wyższe skorupy (prawidłowa nazwa to „karapaks”, jak pamiętamy), w kształcie kopuły, a te z mniejszych wysp mają karapaksy w kształcie siodeł, ze znacznie wyższym otworem na głowę. Przyczyna, jak się wydaje, tkwi w ekologii wysp — na większych jest więcej wody i rośnie trawa i nią właśnie żywią się tutejsze żółwie. Na małych wyspach jest bardziej sucho i tutejsze populacje przestawiły się na kaktusy, a siodłowaty kształt pancerza pozwala zwierzęciu sięgnąć wyżej, co jest istotne, bo w ewolucyjnym wyścigu zbrojeń kaktusy także zaczęły rosnąć wyższe.
Przykład żółwi stanowi ilustrację kolejnej komplikacji w modelu ewolucyjnym, bowiem w ich przypadku swoistymi wyspami wewnątrz wysp stały się wulkany. Wierzchołek wulkanu jest przecież taką właśnie wyspą, chłodną, wilgotną i zieloną oazą otoczoną przez położone niżej pokłady suchej lawy, obszar nie do przebycia dla żywiących się roślinami żółwi. Na każdej z mniejszych wysp Archipelagu (z paroma wyjątkami) jest zwykle jeden duży wulkan z własnym gatunkiem (lub podgatunkiem) żółwia słoniowatego. Na największej, Isabeli (Albamerle w czasach Darwina), jest łańcuch pięciu głównych wulkanów, a na każdym z nich znajdujemy to samo — osobny gatunek albo podgatunek. Z ewolucyjnego punktu widzenia Isabelę można więc uznać za archipelag wewnątrz archipelagu, grupę wysp na wyspie. Istotnie, trudno chyba znaleźć lepszą ilustrację znaczenia wysp (w sensie geograficznym i metaforycznym) w procesie powstawania gatunków niż Archipelag Galapagos, błogosławiona kraina młodości Karola Darwina[74].6

Kolejne dwie wzmianki mają miejsce w przypisach (które to są w tym długim wspominanym fragmencie):

Zasada jest następująca — na odizolowanych wyspach małe zwierzęta powiększają się, duże zaś karłowacieją. Dlatego właśnie na śródziemnomorskich wyspach (m.in. na Sycylii i Korsyce) żyły kiedyś karłowate słonie wielkości psa, natomiast mniejsze zwierzęta potrafiły rosnąć do gigantycznych jak na swój rodzaj rozmiarów (przypadek żółwi z Galapagos). Jest kilka teorii wyjaśniających to zjawisko, ale są zbyt szczegółowe, by je tu omawiać.7

Wszystkie akapity poświęcone żółwiom pochodzą z artykułu, który opublikowałem w „Guardianie” (19 lutego 2005), a napisałem w trakcie podróży na Galapagos na statku Beagle — niestety nie tym autentycznym, który dawno już nie istnieje.
8

Kolejne dwa kawałki zaś pochodzą z kolorowych wkładek z ilustacjami – obie ilustracje (jedna podwójna) znajdują się także w poniższej galerii:

Są też zwierzęta, które po wyjściu na ląd wróciły do środowiska wodnego, ale później ponownie zdecydowały się je opuścić – na to wskazują choćby szczątki fascynującego, wymarłego, częściowo okrytego skorupą protożółwia Odontochelys semitestacea (f).9

Na każdej z tutejszych wysp żyją inne olbrzymie żółwie. Karapaks o charakterystycznym „siodłowym” kształcie (e) występuje na tych wyspach, gdzie żółwie zaczęły odżywiać się kaktusami (i muszą wyciągać szyję do jedzenia), u pozostałych żółwi górna, zewnętrzna część szkieletu ma bardziej skztałt kopuły (f).10


1. By the way, the bird itself is named after the islands,* not the other way around as with the Galapagos Islands, whose name comes from a Spanish word for tortoise.


2. Cladistically inclined zoologists avoid the word ‘reptiles’ altogether, splitting them into Archosaurs (crocodiles, dinosaurs and birds), Lepidosaurs (snakes, lizards and the rare Sphenodon of New Zealand) and Testudines (turtles and tortoises). Non-cladistically inclined zoologists are happy to use a word like ‘reptile’ because they find it descriptively useful, even if it does artificially exclude the birds.


3. Other animals that have returned from land to water, at least some of the time, are pond snails, water spiders, water beetles, crocodiles, otters, sea snakes, water shrews, Galapagos flightless cormorants, Galapagos marine iguanas, yapoks (aquatic marsupials from South America), platypuses, penguins and turtles.


4. I now want to turn to another group of animals that returned from the land to the water: a particularly intriguing example because some of them later reversed the process and returned to the land a second time! Sea turtles are, in one important respect, less fully given back to the water than whales or dugongs, for they still lay their eggs on beaches. Like all vertebrate returners to the water, turtles haven’t given up breathing air, but in this department some of them go one better than whales. These turtles extract additional oxygen from the water through a pair of chambers at their rear end that are richly supplied with blood vessels. One Australian river turtle, indeed, gets the majority of its oxygen by breathing (as an Australian would not hesitate to say) through its arse.

Before going any further, I can’t escape a tiresome point of terminology, and a regrettable vindication of George Bernard Shaw’s observation that ‘England and America are two countries divided by a common language.’ In Britain, turtles live in the sea, tortoises live on land and terrapins live in fresh or brackish water. In America all these animals are ‘turtles’, whether they live on land or in water. ‘Land turtle’ sounds odd to me, but not to an American, for whom tortoises are the subset of turtles that live on land.
Some Americans use ‘tortoise’ in a strict taxonomic sense to refer to the Testudinidae, which is the scientific name for modern land tortoises. In Britain, we’d be inclined to call any land-dwelling chelonian a tortoise, whether it is a member of the Testudinidae or not (as we shall see, there are fossil ‘tortoises’ that lived on land but are not members of the Testudinidae). In what follows, I’ll try to avoid confusion, making allowance for readers in Britain and America (and Australia, where the usage is different again), but it’s hard. The terminology is a mess, to put it mildly. Zoologists use ‘chelonians’ for all these animals, turtles, tortoises and terrapins, whichever version of English we speak.

The most instantly noticeable feature of chelonians is their shell. How did it evolve, and what did the intermediates look like? Where are the missing links? What (a creationist zealot might ask) is the use of half a shell? Well, amazingly, a new fossil has just been described, which eloquently answers that question. It made its debut in the journal Nature in the nick of time before I had to hand this book over to the publishers. It was an aquatic turtle, found in late Triassic sediments in China, and its age is estimated at 220 million years. Its name is Odontochelys semitestacea, from which you may deduce that, unlike a modern turtle or tortoise, it had teeth, and it did indeed have half a shell. It also had a much longer tail than a modern turtle or tortoise. All three of these features mark it out as prime ‘missing link’ material.
The belly was covered by a shell, the so-called plastron, in pretty much the same way as that of a modern sea turtle. But it almost completely lacked the dorsal portion of the shell, known as the carapace. Its back was presumably soft, like a lizard’s, although there were some hard, bony bits along the middle above the backbone, as in a crocodile, and the ribs were flattened, as though ‘trying’ to form the evolutionary beginnings of a carapace.


5. If you draw out the family tree of all modern turtles and tortoises, based on molecular and other comparisons, nearly all the branches are aquatic (normal type). Land tortoises are represented by bold type, and you can see that today’s land tortoises constitute a single branch, the Testudinidae, deeply nested within rich branchings of otherwise aquatic chelonians. All their close cousins are aquatic.
Modern land tortoises are a single twig on the bush of otherwise aquatic turtles. Their aquatic ancestors turned turtle and trooped back on to the land. This fact is compatible with the hypothesis that the shell evolved in water, in a creature like Odontochelys. But now we have another difficulty. If you look at the family tree, you’ll notice that, in addition to the Testudinidae (all modern land tortoises) there are two fossil genera of fully shelled animals called Proganochelys* and Palaeochersis. These are drawn as landdwellers, for reasons we shall come to in the next paragraph. They lie right outside the branches representing the water turtles. It would seem that these two genera are anciently terrestrial.
Before Odontochelys was discovered, these two fossils were the oldest known chelonians. Like Odontochelys they lived in the late Triassic, but about 15 million years later than Odontochelys. Some authorities have reconstructed them as living in fresh water, but recent evidence does indeed place them on land, as indicated by bold type on the diagram. You might wonder how we tell whether fossil animals, especially if only fragments are found, lived on land or in water. Sometimes it’s pretty obvious.
Ichthyosaurs were reptilian contemporaries of the dinosaurs, with fins and streamlined bodies. The fossils look like dolphins and they surely lived like dolphins, in the water. With turtles and tortoises it is a little less obvious. As you might expect, the biggest giveaway is their limbs. Paddles really are rather different from walking legs. Walter Joyce and Jacques Gauthier, of Yale University, took this commonsense intuition and provided the numbers to support it. They took three key measurements in the arm and hand bones of seventy-one species of living chelonians. I’ll resist the temptation to explain their elegant calculations, but their conclusion was clear. These animals had had walking legs, not paddles. In British English, they were ‘tortoises’, not ‘turtles’. They lived on land. They were only distant cousins, however, of modern land tortoises.
Now we seem to have a problem. If, as the authors of the paper describing Odontochelys believe, their half-shelled fossil shows that the shell evolved in water, how do we explain two genera of fully shelled ‘tortoises’ on land, 15 million years later? Until the discovery of Odontochelys, I would not have hesitated to say that Proganochelys and Palaeochersis were representative of the land-dwelling ancestral type before the return to water. The shell evolved on land. Some shelled tortoises returned to the sea, as seals, whales and dugongs were later to do. Others stayed on land, but went extinct. And then some sea turtles returned to the land, to give rise to all modern land tortoises. That’s what I would have said – indeed what I did say in the earlier draft of this chapter that preceded the announcement of Odontochelys.
But Odontochelys throws speculation back into the melting pot. We now have three possibilities, all equally intriguing.
1 Proganochelys and Palaeochersis might be survivors of the land-dwelling animals that had earlier sent some representatives to sea, including the ancestors of Odontochelys. This hypothesis would suggest that the shell evolved on land early, and Odontochelys lost the carapace in the water, retaining the ventral plastron.
2 The shell might have evolved in water, as the Chinese authors suggest, with the plastron over the belly evolving first, and the carapace over the back evolving later. In this case, what do we make of Proganochelys and Palaeochersis, who lived on land after Odontochelys lived, with its half shell, in water? Proganochelys and Palaeochersis might have evolved the shell independently. But there is another possibility:
3 Proganochelys and Palaeochersis might represent an earlier return from the water to the land. Isn’t that a startlingly exciting thought? We are already pretty confident of the remarkable fact that the turtles accomplished an evolutionary doubling back to the land: an early marque of land ‘tortoises’ went back to the watery environment of their even earlier fish ancestors, became sea turtles, then returned to the land yet again, as a new incarnation of land tortoises, the Testudinidae. That we know, or are nearly certain of. But now we are facing up to the additional suggestion that this doubling back happened twice! Not just to spawn the modern tortoises, but much longer ago, to give rise to Proganochelys and Palaeochersis in the Triassic.
In another book I described DNA as ‘the Genetic Book of the Dead’. Because of the way natural selection works, there is a sense in which the DNA of an animal is a textual description of the worlds in which its ancestors were naturally selected. For a fish, the genetic book of the dead describes ancestral seas. For us and most mammals, the early chapters of the book are all set in the sea and the later ones all out on land. For whales, dugongs, marine iguanas, penguins, seals, sea lions and turtles, there is a third section of the book which recounts their epic return to the proving grounds of their remote past, the sea.
But for the land tortoises, perhaps twice independently on two widely separated occasions, there is yet a fourth section of the book devoted to a final – or is it? – re-emergence, yet again to the land. Can there be another animal for which the genetic book of the dead is such a palimpsest of multiple evolutionary Uturns?
As a parting shot, I cannot help wondering about those freshwater and brackish water forms (‘terrapins’), which are close cousins of the land tortoises. Did their ancestors move directly from the sea into brackish and then fresh water? Do they represent an intermediate stage on the way from the sea back to the land? Or is it possible that they constitute yet another doubling-back to the water from ancestors that were modern land tortoises? Have the chelonians been shuttling back and forth in evolutionary time between water and land? Could the palimpsest be even more densely over-written than I have so far suggested?


6. So it is, all over the world. The fauna and flora of a particular region are just what we should expect if, to quote Darwin on the finches that now bear his name, ‘one species had been taken and modified for different ends’.
The Vice-Governor of the Galapagos Islands, Mr Lawson, intrigued Darwin by informing him that the tortoises differed from the different islands, and that he himself could with certainty tell from which island any one was brought. I did not for some time pay sufficient attention to this statement, and I had already partially mingled together the collections from two of the islands. I never dreamed that islands, about fifty or sixty miles apart, and most of them in sight of each other, formed of precisely the same rocks, placed under a quite similar climate, rising to a nearly equal height, would have been differently tenanted.
All the Galapagos giant tortoises are similar to a particular mainland species of land tortoise, Geochelone chilensis, which is smaller than any of them. At some point during the few million years that the islands have existed, one or a few of these mainland tortoises inadvertently fell in the sea and floated across.
How could they have survived the long and doubtless arduous crossing? Surely most of them didn’t. But it would have only taken one female to do the trick. And tortoises are astonishingly well-equipped to survive the crossing.
The early whalers took thousands of giant tortoises from the Galapagos islands away in their ships for food. To keep the meat fresh, the tortoises were not killed until needed, but they were not fed or watered while waiting to be butchered. They were simply turned on their backs, sometimes stacked several deep, so they couldn’t walk away. I tell the story not in order to horrify (although I have to say that such barbaric cruelty does horrify me), but to make a point. Tortoises can survive for weeks without food or fresh water, easily long enough to float in the Humboldt Current from South America to the Galapagos archipelago. And tortoises do float.
Having reached and multiplied upon their first Galapagos island, the tortoises would with comparative ease – again accidentally – have island-hopped the much shorter distances to the rest of the archipelago by the same means. And they did what many animals do when they arrive on an island: they evolved to become larger. This is the long-noticed phenomenon of island gigantism (confusingly, there is an equally well-known phenomenon of island dwarfism).*
If the tortoises had followed the pattern of Darwin’s famous finches, they would have evolved a different species on each of the islands. Then, after subsequent accidental driftings from island to island, they would have been unable to interbreed (that’s the definition, remember, of a separate species) and would have been free to evolve a different way of life uncontaminated by genetic swamping.
You could say that the different species’ incompatible mating habits and preferences constitute a kind of genetic substitute for the geographic isolation of separate islands. Though they overlap geographically, they are now isolated on separate ‘islands’ of mating exclusivity. So they can diverge yet further. The Large, the Medium and the Small Ground Finch originally diverged on different islands; the three species now coexist on most of the Galapagos islands, never interbreeding and each specializing in a different kind of seed diet.
The tortoises did something similar, evolving distinctive shell shapes on the different islands. The species on the larger islands have high domes. Those on the smaller islands have saddle-shaped shells with a high-lipped window at the front for the head. The reason for this seems to be that the large islands are wet enough to grow grass, and the tortoises there are grazers. The smaller islands are mostly too dry for grass, and the tortoises resort to browsing on cactuses. The high-lipped saddle shell allows the neck to reach up to the cactuses which, for their part, grow higher in an evolutionary arms race against the browsing tortoises.
The tortoise story adds to the finch model the further complication that, for tortoises, volcanoes are islands within islands. Volcanoes provide high, cool, damp, green oases, surrounded at low altitude by dry lava fields which, for a grazing giant tortoise, constitute hostile deserts. Each of the smaller islands has a single large volcano and its own single species (or sub-species) of giant tortoise (except those few islands that have none at all). The big island of Isabela (‘Albemarle’ to Darwin) consists of a string of five major volcanoes, and each volcano has its own species (or sub-species) of tortoise. Truly, Isabela is an archipelago within an archipelago: a system of islands within an island. And the principle of islands in the literal geographical sense, setting the stage for the evolution of islands in the metaphorical genetic sense of species, has never been more elegantly demonstrated than here in the archipelago of Darwin’s blest youth.*


7. The rule seems to be that, on islands, big animals get smaller (for example, there were dwarf elephants the height of a large dog on Mediterranean islands such as Sicily and Crete) while small animals get bigger (as in the Galapagos tortoises). There are several theories for this divergent tendency, but the details would take us too far afield.


8. * These paragraphs, on giant tortoises, are extracted from an article that I wrote on a boat called the Beagle (not the real one, which is unfortunately long extinct) in the Galapagos archipelago, and published in the Guardian on 19 February 2005.


9. Some groups – as suggested by the fascinating Odontochelys semitestacea, the proto-turtle without a top shell (f) – having returned to the water, may even have made another return to the land later.


10. The giant tortoises of Galapagos vary from island to island. The saddleback shape (e), unlike the dome shape of grazing tortoises (f), is characteristic of islands where the tortoises browse on cactuses and therefore have to stretch their necks high.


Autor: XYuriTT

Opowieść przodka. Pielgrzymka do początków życia (Edycja druga)

Tytuł: Opowieść przodka. Pielgrzymka do początków życia
Tytuł oryginału: The Ancestor’s Tale: A Pilgrimage to the Dawn of Life
Autor(zy): Richard Dawkins, Yan Wong
Tłumaczenie: Agnieszka Sobolewska
Rok wydania: 2016 (ENG), 2018 (PL)
Wydawnictwo: Houghton Mifflin (ENG), W.A.B. (PL)

Dlaczego w bazie: Ciekawy przypadek. Po ponad dziesięciu latach od wydania pierwszej edycji omawianej książki, autor zdecydował się na jej przeredagowania i ponownie wydane, w zaktualizowanej wersji (dodatkowo, mający w nią jeszcze większy wkład Yan Wong został uwzględniony jako współautor). Różnice są rozmaite, na 13 żółwich elementów w drugiej edycji, 2 są całkiem nowe, nieobecne w pierwszej, pięć natomiast zostało lekko przeredagowanych. Co daje w zmianach 7 na 13, ponad 50%. Dlatego zdecydowaliśmy się na rozbicie tej książki i po notce na każdą z edycji – tutaj jest notka o pierwszej. W Polsce książka wydana została w 2018 roku i w oparciu o drugą edycje, dlatego tutaj znalazły się także polskie wersje żółwich fragmentów. Jako ciekawostkę, przed każdym cytatem zamieszczamy też info, czy w poprzedniej edycji dany kawałek był taki sam, różny bądź w ogóle nieobecny.

Kawałek lekko przeredagowany pomiędzy wydaniami.

W niektórych przypadkach duże regiony DNA wskazują na enigmatyczne podobieństwa między właściwie niespokrewnionymi ze sobą zwierzętami. Nikt nie wątpi, że ptakom bliżej do żółwi, jaszczurek, węży i krokodyli niż do ssaków (zob. spotkanie 16).1

Kawałek identyczny w obu wydaniach.

Większość pozostałych kręgowców, takich jak ryby i gady, ale nie ssaki, rozwinęła widzenie trichromatyczne (trzy klasy czopków) lub tetrachromatyczne (cztery klasy czopków), a ptaki i żółwie mogą mieć nawet bardziej wyrafinowany system widzenia.3

Kawałek identyczny w obu wydaniach.

Kolorowa telewizja i monitory komputerowe, niewątpliwie dlatego, że zostały zaprojektowane dla naszych trichromatycznych oczu, także wykorzystują system trójbarwny. Na normalnym monitorze komputera każdy „piksel” składa się z trzech kropek umieszczonych zbyt blisko siebie, żeby oko mogło je rozróżnić.
Każda kropka zawsze świeci w tym samym kolorze – jeśli przyjrzymy się ekranowi w wystarczającym powiększeniu, zawsze będziemy widzieć tylko te trzy barwy, zwykle czerwoną, zieloną i niebieską, chociaż inne kombinacje też się sprawdzają. Kolory cieliste, subtelne odcienie – dowolny kolor, jaki ludzie chcieliby zobaczyć – można otrzymać przez manipulowanie natężeniem, z którym świecą trzy barwy podstawowe. Jednak na przykład tetrachromatyczne żółwie mogłyby być rozczarowane nierealistycznymi (dla nich) obrazami na naszych ekranach telewizyjnych i kinowych.3

Kawałek nieobecny w pierwszym wydaniu.

Dowody kopalne i genetyczne nie zgadzają się co do umiejscowienia żółwi (spotkanie 16).5

Kawałek identyczny w obu wydaniach.

Waleń pływa. W przeciwieństwie do foki albo żółwia, które wychodzą na ląd, żeby się rozmnażać, waleń nigdy nie przestaje pływać.5

Kawałek identyczny w obu wydaniach.

Do tej definicji pasują zresztą nawet żółwie morskie, które całe życie spędzają w morzu, ale gdy chcą złożyć jaja, wychodzą na brzeg. 6

Kawałek identyczny w obu wydaniach.

Zanim przejdziemy do gadów ssakokształtnych, czeka nas omówienie nieco nużącej kwestii terminologii. Takie określenia jak gad i ssak mogą odnosić się do kladów lub gradów – te dwa terminy nie są rozłączne. Klad to zbiór zwierząt składających się z przodka i wszystkich jego potomków. Dobrym przykładem kladu są ptaki, natomiast gady w tradycyjnym rozumieniu – już nie, bo taki klad wykluczałby ptaki. Biolodzy nazywają więc gady grupą parafiletyczną. Niektóre gady (np. krokodyle) są bliżej spokrewnione z pewnymi niegadami (ptakami) niż z innymi gadami (żółwiami). W tym stopniu, w jakim wszystkie gady mają ze sobą coś wspólnego, należą do gradu, nie kladu. Grad to zbiór zwierząt, które osiągnęły podobny etap w wyraźnie postępującym trendzie ewolucyjnym.7

Kawałek lekko przeredagowany pomiędzy wydaniami.

Podczas spotkania 16 około 5,5 tysiąca pielgrzymów ssaków wita 20 tysięcy zauropsydów: węży, jaszczurek, żółwi, krokodyli i przede wszystkim ptaków. Zauropsydy są główną grupą lądowych kręgowców wśród pielgrzymów. Twierdzę, że to one dołączają do nas, a nie my do nich, tylko dlatego, iż arbitralnie zdecydowaliśmy się patrzeć na tę podróż ludzkimi oczami.8

Kawałek lekko przeredagowany pomiędzy wydaniami.

W oczach zauropsydów one same należą do dwóch prawie równych pod względem wielkości podgrup: lepidozaurów, czyli gadów jaszczurkopodonych, oraz archozaurów, czyli gadów przypominających dinozaury.9

Kawałek nieobecny w pierwszym wydaniu.

Dziś jest ona zdominowana przez 10 tysięcy gatunków ptaków, chociaż obejmuje także krokodyle oraz żółwie (to ostatnie budzi kontrowersje). 10

Kawałek lekko przeredagowany pomiędzy wydaniami, dodano żółwi kawałek. (Podpis pod pierwszą z przytoczonych niżej grafik)

Dołączają gady (w tym ptaki). Przełomem w ewolucji ssaków lądowych była owodnia, wodoodporna, ale oddychająca błona jaja. Dwie linie tych owodniowców, które wcześnie się rozeszły, przetrwały do dziś: synapsydy (reprezentowane przez ssaki) i zauropsydy (20 tysięcy żyjących gatunków „gadów” i ptaków), które tutaj do nas dołączają. Przedstawiona filogeneza jest dość pewna, z wyjątkiem pozycji żółwi (okazuje się, że nie są najgłębiej osadzoną gałęzią na drzewie zauropsydów, jak wcześniej sądzono) i najwcześniej odgałęziających się jaszczurek.11

Kawałek lekko przeredagowany pomiędzy wydaniami.

To są pielgrzymujące zauropsydy: jaszczurki i węże, żółwie, krokodyle i ptaki, wraz z rzeszą pielgrzymów cienia – pterozaurami w powietrzu, ichtiozaurami, plezjozaurami i mozazaurami w wodzie oraz najsłynniejszymi z nich wszystkich – dinozaurami na lądzie.12

Kawałek identyczny w obu wydaniach.

Następny kandydat McGavina do ewolucyjnego jednorazowego występu to prawdziwe cudo. Chodzi o pająka topika (Argyroneta aquatica), który żyje i poluje wyłącznie pod wodą, ale tak jak delfiny, diugonie, żółwie, ślimaki słodkowodne i inne zwierzęta lądowe, które wróciły do wody, musi oddychać powietrzem.13


1. There are also cases where extensive regions of DNA show enigmatic resemblances between comparatively unrelated creatures. Nobody doubts that birds are more closely related to turtles, lizards, snakes and crocodiles than to mammals (see Rendezvous 16).


2. Most other vertebrates, such as fish and reptiles but not mammals, have three-cone (‘trichromatic’) or four-cone (‘tetrachromatic’) vision, and birds and turtles can be even more sophisticated.


3. Colour television and computer screens, doubtless because they are designed for our trichromatic eyes, also work on a three-colour system. On a normal computer monitor, each ‘pixel’ consists of three dots placed too close together for the eye to resolve. Each dot always glows with the same colour—if you look at the screen at sufficient magnification you always see only the same three colours, usually red, green and blue although other combinations can do the job.
Flesh tones, subtle shades—any hue that humans might wish to see—can be achieved by manipulating the intensities with which these three primary colours glow. But tetrachromatic turtles, for example, might be disappointed by the unrealistic (to them) pictures on our television and cinema screens.


4. Fossil and genetic evidence disagrees on the placement of turtles (Rendezvous 16).


5. A whale floats. Unlike a seal or a turtle, which still comes on land to breed, a whale never stops floating.


6. Even turtles that are otherwise wholly marine haul themselves up the beach to lay their eggs.


7. Before we get to the mammal-like reptiles, we face a somewhat tiresome point of terminology. Terms like reptile and mammal can refer to ‘clades’ or ‘grades’—the two are not exclusive. A clade is a set of animals consisting of an ancestor and all its descendants. The ‘birds’ constitute a good clade. ‘Reptile’, as traditionally understood, is not a good clade because it excludes birds. Biologists consequently refer to the reptiles as ‘paraphyletic’. Some reptiles (e.g. crocodiles) are closer cousins of some non-reptiles (birds) than they are of other reptiles (turtles). To the extent that reptiles all have something in common, they are members of a grade, not a clade. A grade is a set of animals that have reached a similar stage in a recognisably progressive evolutionary trend.


8. At Rendezvous 16, approximately 5,500 mammal pilgrims greet 20,000 sauropsids: snakes, lizards, turtles, crocodiles and, above them all, birds. They are the main group of land vertebrate pilgrims. The only reason I am regarding them as joining us, rather than we joining them, is that we arbitrarily chose to see the journey through human eyes.


9. Seen through sauropsid eyes, these pilgrims belong to two near equal-sized bands: the lizard-like reptiles or lepidosaurs, and the dinosaur-like reptiles or archosaurs.


10. Today, this branch is dominated by the 10,000 species of birds, although it also includes the crocodiles and (controversially) the turtles.


11. Reptiles (including birds) join. A breakthrough in the evolution of terrestrial vertebrates was the amnion, a waterproof yet breathable egg membrane. Two early-diverging lineages of these ‘amniotes’ survive today: the synapsids (represented by the mammals), and the sauropsids (20,000 living species of ‘reptiles’ and birds) who join us here. The phylogeny shown here is reasonably secure, save for the position of the turtles (no longer the deepest branch on the sauropsid tree, as was previously thought) and the earliest branching lizards.


12. These, then, are the sauropsid pilgrims, the lizards and snakes, turtles, crocodiles and birds, together with the huge concourse of shadow pilgrims—the pterosaurs in the air, the ichthyosaurs, plesiosaurs and mosasaurs in water, and most famously of all the dinosaurs on land.


13. McGavin’s next candidate for an evolutionary one-off is a beauty. It is the diving bell spider, Argyroneta aquatica. This spider lives and hunts entirely underwater but, like dolphins, dugongs, turtles, freshwater snails and other land animals that have returned to water, it needs to breathe air.


Autor: XYuriTT

The Ancestor’s Tale: A Pilgrimage to the Dawn of Life (Edycja pierwsza)

Tytuł: The Ancestor’s Tale: A Pilgrimage to the Dawn of Life
Autor(zy): Richard Dawkins
Tłumaczenie: Brak
Rok wydania: 2004
Wydawnictwo: Weidenfeld & Nicolson

Dlaczego w bazie: Nietypowy przypadek, książka bowiem którą opisujemy w dwóch osobnych notkach. Wydano bowiem dwie edycje, niby nic nowego, często pojawia się druga i kolejne edycje, ale zazwyczaj różnice są czysto symboliczne. Tymczasem tutaj, na 13 żółwich kawałków jakie znaleźliśmy w drugim wydaniu, 2 były nieobecne w pierwszej a pięć zostało lekko zmienionych i przeredagowanych. Więc można powiedzieć, że różnice są znaczne, stąd taka decyzja. W Polsce książka ta wyszła tylko raz, ale jako tłumaczenie drugiej edycji, w tej notce więc teksty są tylko po angielsku.
Pierwsza wzmianka dotyczy faktu, że ptaki są bliżej spokrewnione z żółwiami (i innymi gadami) niż ssakami:

As a better reason for caution, extensive regions of DNA occasionally show up enigmatic resemblances between comparatively unrelated creatures. Nobody doubts that birds are more closely related to turtles, lizards, snakes and crocodiles than to mammals (see Rendezvous 16).

Kolejne dwie wzmianki to przywołanie żółwi w kontekście tego jak widzą świat (i że zapewne byłyby rozczarowane tym jak (technicznie) nasze telewizory pokazują obraz):

Most other vertebrates, such as fish and reptiles but not mammals, have three-cone (‘trichromatic’) or four-cone (‘tetrachromatic’) vision, and birds and turtles can be even more sophisticated.

Colour television and computer screens, doubtless because they are designed for our trichromatic eyes, also work on a three-colour system. On a normal computer monitor, each ‘pixel’ consists of three dots placed too close together for the eye to resolve. Each dot always glows with the same colour—if you look at the screen at sufficient magnification you always see only the same three colours, usually red, green and blue although other combinations can do the job. Flesh tones, subtle shades—any hue that humans might wish to see—can be achieved by manipulating the intensities with which these three primary colours glow. But tetrachromatic turtles, for example, might be disappointed by the unrealistic (to them) pictures on our television and cinema screens.

Kolejne dwa kawałki wspominają żółwie (morskie) w kontekście tego, że muszą one wychodzić na ląd w celach rozrodczych:

A whale floats. Unlike a seal or a turtle, which still comes on land to breed, a whale never stops floating.

Even turtles that are otherwise wholly marine haul themselves up the beach to lay their eggs.

Kolejna wzmianka jest w kontekście przybliżenia terminologi związanej z tym, jak dzielimy zwierzęta:

Before we get to the mammal-like reptiles, we face a somewhat tiresome point of terminology. Terms like reptile and mammal can refer to ‘clades’ or ‘grades’—the two are not exclusive. A clade is a set of animals consisting of an ancestor and all its descendants. The ‘birds’ constitute a good clade. ‘Reptile’, as traditionally understood, is not a good clade because it excludes birds. Biologists consequently refer to the reptiles as ‘paraphyletic’. Some reptiles (e.g. crocodiles) are closer cousins of some non-reptiles (birds) than they are of other reptiles (turtles). To the extent that reptiles all have something in common, they are members of a grade, not a clade. A grade is a set of animals that have reached a similar stage in a recognisably progressive evolutionary trend.

Kolejna wzmianka to znów, żółwie wymienione w ramach wyliczania zwierząt jakie łapią się pod termin „gady”:

At Rendezvous 16, approximately 4,600 mammal pilgrims greet 9,600 bird pilgrims and 7,770 pilgrims from the rest of the reptiles: crocodiles, snakes, lizards, tuataras, turtles. They are the main group of land vertebrate pilgrims. The only reason I am regarding them as joining us, rather than we joining them, is that we arbitrarily chose to see the journey through human eyes.

Kolejna wzmianka jest ciekawa, porusza bowiem kwestię nazewnictwa żółwi po angielsku, w różnych odmianach tego języka, to jest faktu, że w Ameryce „turtle” oznacza ogólnie wszystkie żółwie (podczas gdy w Wielkiej Brytanii utrzymuje się podział na Turtles/Tortoises/Terrapins).

Seen through sauropsid eyes, the last to join their pilgrimage ‘before’ the rendezvous with us were the turtles (using the word in its American sense to include tortoises as well as aquatic turtles and terrapins).

Kolejne dwa kawałki to ponownie, pomniejsze wzmianki żółwie w ramach wyliczanek różnych zwierząt:

These, then, are the sauropsid pilgrims, the turtles, lizards and snakes, crocodiles, and birds, together with the huge concourse of shadow-pilgrims — the pterosaurs in the air, the ichthyosaurs, plesiosaurs and mosasaurs in water, above all the dinosaurs on land.

McGavin’s next candidate for an evolutionary one-off is a beauty. It is the diving bell spider, Argyroneta aquatica. This spider lives and hunts entirely underwater but, like dolphins, dugongs, turtles, freshwater snails and other land animals that have returned to water, it needs to breathe air.

Autor: XYuriTT

Rzeka genów. Darwinowski obraz życia

Tytuł: Rzeka genów. Darwinowski obraz życia
Tytuł oryginału: River Out of Eden: A Darwinian View of Life
Autor(zy): Richard Dawkins (tekst), Lalla Ward (ilustracje)
Tłumaczenie: Marek Jannasz
Rok wydania: 1995 (ENG), 2007 (PL)
Wydawnictwo: Basic Books (ENG), CiS (PL)

Dlaczego w bazie: Żółwi element pojawia się jedynie w formie wzmianki, przytoczenia kawałku Starego Testamentu w którym mowa o „Turtle”. Zasadniczo chodzi o Turkawkę (Turtle Dove) i pozycji gdzie sam w sobie ten kawałka się pojawia nigdy nie przytaczamy, tutaj jest jednak kapkę rozwinięty, autor dodaje właśnie, że niektóre tłumaczenia dodają do tekstu „dove” by było wiadomo, że nie chodzi o żółwia, uznaliśmy więc, że jest to na tyle żółwie nawiązanie by się załapało do bazy.

For lo, the winter is past, the rain is over and gone. The flowers appear on the earth; the time of the singing of birds is come, and the voice of the turtle is heard in our land.
Poetyka tego cytatu jest tak urzekająca, że wynajdywanie w niej uchybień wobec oryginału wydaje się czymś wysoce niestosownym. Wstaw jednak „dove” po „turtle”, zgodnie z tyleż poprawnym co ciężkim przekładem współczesnym, a przekonasz się, jak gubi się rytm.1


1. For lo, the winter is past, the rain is over and gone. The flowers appear on the earth; the time of the singing of birds is come, and the voice of the turtle is heard in our land.
The poetry is so ravishing that I am reluctant to spoil it by noting that here, too, is an undoubted mutation. Reinsert „dove” after „turtle,” as the modern translations correctly but leadenly do, and hear the cadence collapse.


Autor: XYuriTT

Magia rzeczywistości

Tytuł: Magia rzeczywistości
Tytuł oryginału: The Magic of Reality: How We Know What’s Really True
Autor(zy): Richard Dawkins (tekst), Dave McKean (ilustracje)
Tłumaczenie: Piotr J. Szwajcer
Rok wydania: 2011 (Eng), 2012 (PL)
Wydawnictwo: Bantam Press (Eng), CiS (PL)

Dlaczego w bazie: Żółwie elementy znaleźliśmy w dwóch miejscach omawianej książki – w formie bardzo skromnych wzmianek.
Pierwsza wzmianka ma miejsce przy ogólnej wymieniance jakie zwierzaki wchodzą w skład zbioru „Gady”:

Station Three Hundred and Ten Million Years Ago presents us with our 170-million-greats-grandmother. She is the grand ancestor of all modern mammals, all modern reptiles – snakes, lizards, turtles, crocodiles – and all dinosaurs (including birds, because birds arose from certain kinds of dinosaur).

Kolejna wzmianka zaś ma miejsce przy omawianiu wysp Galapagos, wspomniane są ogromne żółwie:

Most of the Galapagos islands have only a single large volcano, but Isabela has five. If the sea level rises (perhaps because of global warming) Isabela could become five islands separated by sea. As it is, you can think of each volcano as a kind of island within an island. That’s how it would seem to an animal like a land iguana (or a giant tortoise), which needs to feed on the vegetation found only on the slopes around the volcanoes.

Autor: XYuriTT

Life in Cold Blood

Tytuł: Life in Cold Blood
Autor(zy): David Attenborough
Rok wydania: 2008
Wydawnictwo: BBC Books

Dlaczego w bazie: Książkowa wersja serii przyrodniczej o takim samym tytule. Tak jak i w wersji telewizyjnej, tak i w książce spora część poświęcona jest żółwiom, całkiem solidne, przekrojowe przybliżenie. W książce jest także ogromna ilość obrazków, nie przytaczamy ich wszystkich pojedynczo, jedynie wszystkie w formie jednego „kolażu”. Tekstu na temat żółwi także jest bardzo dużo – co oczywiste, nie możemy wkleić 1/4 książki do notki, prezentujemy więc jedynie kilka wybranych cytatów.

Pierwszy wybrany przez nas kawałek dotyczy żółwi norowych (gopher tortoise) i, no, kopanych przez nich nor:

In hotter parts of the world tortoises have to defend themselves from the sun’s beat, especially during the middle of the day. A body enclosed within a thick shell can easily over-heat. That is a particular danger for the gopher tortoise (Gopherus polyphemus) which lives in Florida and other warm parts of south-east North America. It has broad strong claws on its front legs with which it digs so effectively that it can excavate a shaft three metres (10 feet) long in a single day. The work is extremely laborious, for the soil excavated from the far end of the tunnel has to be pushed all the way back and thrown out from the entrance. A completed burrow may extend for six metres (20 feet) or so. Exceptional ones have been measured that are twice that length. Most descend at a and gentle angle and go down until they reach the water table. it is. in these refuges that the gopher tortoises shelter during the hottest part of the day.

Drugi kawałek który wybraliśmy dotyczy długowieczności żółwi i tego jak można określać ich wiek:

Tortoises, with their long scrawny necks and creaking deliberate gait, are often regarded as the very image of old age. And indeed they do live a very long time. The horny scutes on an individual’s carapace indicate its age in much the same way as do the rings in the trunk of a tree. They grow more quickly in the warm season than the cold, so each year they acquire a distinct ridge. Counting these ridges therefore can give an indication of a tortoise’s age. But as an individual gets older, so the ridges can become worn and blurred and in very old specimens accurate counts are not possible.

Kolejny kawałek dotyczy żółwia Tu’i Malila, opisywanego także w innej książce którą mamy w bazie, to jest Podróże na drugi kraniec świata. Dalsze przygody młodego przyrodnika. Przytoczone jest to, że może być najdłużej żyjącym żółwiem wg. dostępnych danych, puenta (poza cytatem już) jest jednak taka, że raczej nie miał on w chwili śmierci tylu lat ile mu się przypisuje.

A very ancient tortoise lived for many years in the roval palace on the Pacific island of Tonga. He was held in such respect and affection that he was given a name and a title. He was Tui — or Chief — Malila. He had certainly led a long and eventful life. He had been run over by a cart, kicked by a horse and scorched by several fires. His battered dented shell bore the scars to prove it. These disasters seemed to have done him little permanent harm but old age robbed him of his sight and towards the end of his life, he could no longer find his way to the flower-beds where he had browsed so happily and destructively in his earlier years. So every day he was handfed with ripe paw-paw and boiled mandioca. Tongan tradition maintained that he had been presented to the then King of Tonga by Captain Cook in either 1773 or 1777. He eventually died in 1966. If the tradition was correct, and he was reasonably grown when he arrived on the island, he must have lived for around two hundred years and. Tonga commemorated him by striking a coin carrying his image.

Kolejny kawałek dotyczy rozmiarów jakie mogą osiągać żółwie:

Tortoises, like many reptiles, may continue to grow throughout their lives, though the pace at which they do so tends to diminish the older they get and maximum size varies from species to species. Tui Malila, being a Madagascar radiated tortoise, was little more than 40 centimetres (16 inches) long. Marion’s tortoise, on the other hand, whose shell is now in London’s Natural History Museum, measures 97 centimetres (over 38 inches) for it was a genuine giant. It came from the Seychelles or perhaps Aldabra that lies far away from those islands to the south-west.

Przedostatni wybrany przez nas kawałek dotyczy ewolucji żółwi, okazji jaka dla nich powstała gdy znikły dinozaury, i niestety przegranej rywalizacji o dominację z ssakami.

Tortoises, when they first appeared over two hundred million years ago, were initially quite small. Perhaps it was the presence of the dinosaurs that kept them down to size. But when, sixty-five million years ago the dinosaurs disappeared, the lands of the earth were suddenly bereft of large animals. The tortoises had their chance and with little competing with them for food, they increased in size. Less than five million years ago there were some that reached 2 metres (6 feet) in length. But their supremacy did not last long. The mammals, in all their variety and ferocity, took over and eventually hunted the unwieldly giant tortoises to extinction.
But before that happened, the giants may have spread to islands in the Pacific and the Indian Ocean. Big tortoises can probably survive at sea even better than their smaller relatives. Their shells are proportionately thinner so they have a greater buoyancy and their long necks would help them keep their heads and nostrils above the waves, So it is possible that the ancestors of the giants of the Galapagos and the Seychelles were gigantic even before they reached the islands.

Ostatni kawałek to coś czego nie mogło zabraknąć w książce o żółwiach, czyli przywołanie Galapagos i tego, że żółwie były jednym z solidnych elementów które naprowadziły Karola Darwina na sformułowanie znanej Teorii.

When Charles Danvin visited the islands in 1835, the official British resident mentioned that he could tell which island a tortoise came from by the shape of its shell. It was this remark that thrimately led Darwin to formulate his theory of natural selection as the driving force of evolution.

Autor: XYuriTT

Galápagos (2006)

Tytuł: Galápagos
Premiera: 2006
Narracja: Tilda Swinton
Gatunek: Dokumentalny
Kraj Produkcji: UK
Sposób zapoznania: Cała seria

Dlaczego w bazie: Trzyodcinkowa seria o Galapagos, tytuły odcinków to: Born of Fire, Islands That Changed the World i Forces of Change. Cała seria jest bardzo żółwia, w każdym odcinku znajduje się spora ilość scenek z żółwiami, głównie lądowymi, w trzecim widać jednak także morskie.

Autor: XYuriTT

Podróże na drugi kraniec świata. Dalsze przygody młodego przyrodnika

Tytuł: Podróże na drugi kraniec świata. Dalsze przygody młodego przyrodnika
Tytuł oryginału: Journeys to the Other Side of the World: further adventures of a young naturalist
Autor(zy): David Attenborough
Tłumaczenie: Adam Tuz
Rok wydania: 2018 (ENG), 2020 (PL)
Wydawnictwo: Two Roads (ENG), Prószyński i S-ka (PL)

Dlaczego w bazie: Dalszy ciąg zapisków autora z jeog pierwszych wypraw przyrodniczych. Znaleźliśmy aż dziesieć żółwich fragmentów, z czego jeden całkiem długi. Przytaczamy wszystkie:

Ostatnią wyspą, którą odwiedziliśmy przed powrotem do Suvy, był Koro. Zaraz po przyjeździe na wyspy Fidżi, kiedy ustalaliśmy szczegół naszej podróży po zewnętrznych wyspach, zaplanowaliśmy spędzenie na Koro dwóch tygodni, ponieważ słyszeliśmy, że mieszkańcy wsi Nathamak na północnym wybrzeżu wyspy potrafią na zawołanie wzywać z głębi oceanu świętego żółwia i wielkiego, białego rekina. Takie twierdzenie nie było rzeczą jedyną w swoim rodzaju; podobno ludzie z Samoa, Wysi Gilberta, a w obrębie Fidżi także z wyspy Kandavu też umieją to robić niemniej historia wydawała się nam niezwykła. Nasze opóźnienie w związku z pobytem w Lomalomie oznaczało, że moglibyśmy obecnie spędzić na Koro dwadzieścia cztery godziny, ale bardzo chciałem to zrobić w nadziei, iż nawet w tak krótkim czasie moglibyśmy ujrzeć na własne ocz przyzywanie żółwia.
O zmierzchu następnego wieczoru, w niedzielę, rzuciliśmy kotwicę u wybrzeża w pobliżu Nathamaki i natychmiast zeszliśmy na brzeg, żeby przy kavie przedstawić się wodzowi.
Mbuli oczekiwał nas kilka tygodni temu, gdyż przysłaliśmy z Suvy wiadomość o planowanej wizycie, ale choć zjawiliśmy się tak spóźnieni, sprawiał wrażenie zachwyconego, że nas widzi.
— Na pewno zostaniecie tu co najmniej przez tydzień — rzekł.
— Wielka szkoda, ale nie możemy — odpowiedziałem. — Jutro wieczorem musimy odpłynąć do Suvy, bo mamy rezerwacje na statku, który zawiezie nas na wyspy Tonga.
— Oia-wa — wykrzyknął mbuli. — To źle. Mieliśmy nadzieję, że będziecie u nas gościć przez wiele dni, żebyśmy mogli uczynić wam zaszczyt i pokazać coś niecoś na naszej wyspie. A dziś jest niedziela, więc nie możemy nawet powitać was wielkim przyjęciem i tańcem taralala, bo kościół zabrania tańczyć w niedziele.
Powiódł żałosnym wzrokiem po kręgu osób pijących kavę i przypatrujących się nam dziewczętach oraz chłopcach, zebranych u drzwi mbure.
— Nieważne — rzucił, rozchmurzając się. — Mam pomysł. Będziemy popijać kavę jeszcze przez cztery godziny, a wtedy będzie już poniedziałek, przyjdą wszystkie dziewczęta i będziemy tańczyć aż do wschodu słońca.
Ze znacznym żalem musieliśmy odrzucić tak pomysłową propozycję, ale obiecaliśmy wrócić wcześnie następnego ranka z kamerami, żeby sfilmować ceremonię przyzywania żółwia.
Następny dzień od świtu zaczął się brzydką pogodą. Niebo zapełniło się wiszącymi nisko, mglistymi chmurami ciągnącymi się nieprzerwanie aż po horyzont, a przez poszarzałe wody laguny przeciągały fale deszczu. Zapakowaliśmy sprzęt w nieprzemakalne osłony i zabraliśmy na brzeg w nadziei, że później w ciągu dnia warunki może się poprawią.
Naczelnik wioski, który miał przeprowadzić rytuał, czekał na nas w swoim mbure, wyglądając olśniewająco w ceremonialnym kilcie z liści pandana i szarfach z tkaniny z włókien z kory.
Mimo że padał deszcz, naczelnik chciał wyjść i przyzywać żółwie. Wyjaśniłem, że pogoda jest zbyt zła na filmowanie. Wyglądał na niezmiernie rozczarowanego, więc zaproponowałem, żeby zaprowadził nas na miejsce ceremonii, żebyśmy mogli zdecydować, gdzie ustawić kamery na wypadek, gdyby w ciągu dnia przestało padać. Zgodził się i razem wyszliśmy z domu w mżący deszcz. Naczelnik prowadził nas wzdłuż plaży, a następnie biegnącą stromo ku górze błotnistą ścieżką.
W marszu rozmawialiśmy, ponieważ naczelnik służył w wojsku i znakomicie mówił po angielsku.
— Myślę, że tak czy inaczej przywołam żółwie — rzekł do mnie swobodnym tonem.
— Proszę się nie trudzić — odparłem. — Chcę tylko rzucić okiem na to miejsce.
Mój rozmówca zrobił kilka dalszych kroków.
— Równie dobrze mógłbym je przywołać — powiedział.
— Wolałbym, żeby pan tego nie robił. To byłoby irytujące, gdyby przypłynęły, a my nie moglibyśmy ich sfilmować.
Naczelnik brnął dalej pod górę zboczem wzgórza.
— Cóż, ale mógłbym mimo wszystko je przywołać.
— Niech pan tego nie robi ze względu na nas — prosiłem. — Gdyby tego ranka przypłynęły, mogłyby już nie zawracać sobie głowy powrotem dziś po południu.
Naczelnik się roześmiał.
— Zawsze przypływają — odpowiedział.
Do tego czasu szliśmy już wzdłuż krawędzi wysokiego klifu. Deszcz na moment ustał i na powierzchni morza w dole połyskiwał mdły snop słonecznego światła. Nagle naczelnik wybiegł w przód, stanął nad urwiskiem i zaczął _piewać na całe gardło:
Tui Naikasi, Tui Naikasi
Boże Nathamaki,
Który żyjesz u wybrzeży naszej pięknej wyspy,
Który zjawiasz się na wezwanie ludzi z Nathamaki,
Wypłyń na powierzchnię, wypłyń, wypłyń, wypłyń.
Patrzyliśmy w dół na morze falujące sto pięćdziesiąt metrów pod nami. Nie było słychać żadnego dźwięku oprócz szumu drzew w podmuchach wiatru i odległego plusku fal łamiących się na brzegu daleko pod nami.
Tui Naikasi, wypłyń, wypłyń, wypłyń.
Wtem ujrzałem mały, czerwonawy dysk z płetwami, który wychynął ponad powierzchnię morza.
— Patrz — zawołałem z podnieceniem do Geoffa, wskazując palcem. — Tam jest.
Kiedy wypowiedziałem te słowa, żółw zanurkował i zniknął.
— Nie wolno wskazywać — rzekł naczelnik z dezaprobatą. — To tambu. Jeśli się to zrobi, żółw natychmiast zniknie.
Zawołał ponownie. Czekaliśmy, przepatrując morze. Wtem żółw ponownie wypłynął na powierzchnię. Pozostawał widoczny mniej więcej przez pół godziny, następnie zagarnął wodę przednimi płetwami, zanurkował i zniknął. W ciągu następnego kwadransa osiem razy ujrzeliśmy żółwia wypływającego na powierzchnię. Wydawało mi się, że w leżącej w dole zatoce znajdują się co najmniej trzy osobniki różnej wielkości.
Kiedy wróciliśmy do wioski, zastanawiałem się nad tym, co widzieliśmy. Czy było to aż tak niezwykłe? Jeśli zatoka była akwenem szczególnie atrakcyjnym dla żółwi i zawsze pewna ich liczba pływała w jej wodach, powinniśmy byli i tak je dostrzec, jako że gady muszą wypływać na powierzchnię, by zaczerpnąć oddechu. To by wyjaśniało przyczynę, dla której naczelnik tak chciał je przywołać, gdyż umniejszałoby to wrażenie cudu — mówiąc najłagodniej — gdyby żółwie wypłynęły, mimo że nikt nie wyrzekł nawet jednego słowa.
We wsi mbuli podjął nas wspaniałym obiadem składającym się z kurczaka na zimno, bulw kolokazji jadalnej oraz batatów. Kiedy jedliśmy, siedząc po turecku na pokrytej matami podłodze, wódz opowiedział nam legendę związaną z przywoływaniem żółwi.
Przed wieloma laty, kiedy wyspy Fidżi były jeszcze niezamieszkane, przypłynęli trzej bracia z rodzinami, żeglujący między wyspami w swoich kanu. Kiedy mijali wysepkę Mbau, najmłodszy brat powiedział: Podoba mi się to miejsce. Zamieszkam tam. Zatem wysadzili go wraz z rodziną na brzeg, a dwaj pozostali bracia kontynuowali podróż na wschód, aż dopłynęli do Koro. To piękna wyspa, rzekł Tui Naikasi, najstarszy z braci. Tu będzie mój dom. I wysiadł z łodzi na brzeg razem z rodziną. Ostatni z bra-ci żeglował dalej, aż dotarł do wyspy Taveuni i tam się osiedlił.
Ostatecznie los pobłogosławił Tui Naikasiego licznymi dziećmi i wnukami, a gdy miał on już umierać, wezwał rodzinę i rzekł: Teraz muszę was opuścić; lecz jeśli kiedykolwiek znajdziecie się w kłopocie, wyjdźcie na klif nad plażą, na której pierwszy raz wylądowałem, zawołajcie do mnie, a ja zjawię się w morzu, żeby wam okazać, że nadal nad wami czuwam. Po czym Tui Naikasi umarł, a jego dusza wcieliła się w żółwia. Jego żona zmarła wkrótce potem, a jej dusza przybrała postać białego rekina.
Od tamtego czasu ludzie z Nathamaki przed wyruszeniem w długą podróż, a wojownicy ze wsi przed wyprawą wojenną zbierali się na klifie, żeby ucztować i tańczyć, a wreszcie przyzywać swoich przodków pod postaciami żółwia i rekina, by dali im odwagę przed czekającymi ich próbami.
Spytałem ogromnego mężczyznę, siedzącego obok mnie i pochłaniającego obfite porcje batatów, czy wierzy w tę historię. Zachichotał i potrząsnął przecząco głową.
— Czy często jadacie żółwie mięso? — spytałem, wiedząc, że w większości regionów Fidżi jest ono wysoko cenione jako przysmak.
— Nigdy — odparł. — Dla nas to tambu.
Następnie opowiedział mi o osobliwym zdarzeniu, które miało miejsce zaledwie kilka miesięcy temu. Grupa kobiet ze wsi łowiła w lagunie ryby i przypadkowo złapała w sieci żółwia. Wciągnęły go do kanu, żeby go z nich wyplątać, lecz zanim zdążyły to zrobić, zjawił się ogromny biały rekin i je zaatakował. Kobiety próbowały odpędzić go wiosłami, ale rekin nie dał się odstraszyć i ciągle rzucał się na kanu, aż się przestraszyły, że wywróci łódź do góry dnem. Złapałyśmy Tui Naikasiego, rzekła jedna z kobiet, a rekin, jego żona, nie odpłynie, zanim go nie uwolnimy. Jak najszybciej wyswobodziły żółwia ze zwojów sieci i wrzuciły z powrotem do wody. Żółw natychmiast zanurkował i zniknął, a rekin podążył za nim.
Do czasu zakończenia posiłku pogoda znacznie się poprawiła, postanowiliśmy zatem podjąć próbę sfilmowania ceremonii. Na podstawie tego, co widzieliśmy rano, uznaliśmy, że niezmiernie trudno będzie uzyskać ze szczytu klifu film wyraźnie ukazujący żółwia, więc opłynęliśmy zatokę łodzią i wylądowaliśmy na olbrzymim, czworokątnym, kamiennym bloku, leżącym w wodzie blisko klifu, który — jak nam powiedział wódz — był domem Tui Naikasiego. Po dziesięciu minutach drobna sylwetka naczelnika wioski pojawiła się na szczycie klifu. Pomachał do nas, wspiął się na wysoki man-gowiec i zaczął wołać:
— Tui Naikasi, Tui Naikasi. Wypłyń na powierzchnię. Wypłyń, wypłyń.
— Jeśli żółw przypłynie — szepnął do mnie Geoff — nie podniecaj się, na miłość boską, i nie wskazuj go palcem. Tylko daj mi go sfilmować, zanim zniknie.
— Tui Naikasi. Vunde, vunde, vunde — wołał naczelnik.
Lustrowałem powierzchnię morza przez lornetkę.
— Jest — stwierdził Manu, krzyżując zdecydowanym gestem ramiona na piersi. — Około dwudziestu jardów stąd, trochę w lewo.
— Gdzie? — zapytał udręczonym szeptem Geoff. Pokusa wskazania była niemal nieodparta, wyraźnie widziałem bowiem zwierzę wysuwające łeb z wody, by zaczerpnąć haust powietrza. Wtedy terkot kamery dał mi znać, że Geoff również je zobaczył. Żółw pozostał tam prawie minutę, leniwie unosząc się na wodzie. Następnie woda zawirowała, a żółw zniknął.
— Okay? — wrzasnął naczelnik.
— Vinaka, vinaka — wrzasnęliśmy w odpowiedzi.
— Wołam znowu — krzyknął.
Po pięciu minutach żółw zjawił się ponownie, tak blisko nas, że słyszałem jego wdech, gdy wychynął na powierzchnię. Kiedy mu się przyglądałem, Manu pociągnął mnie za rękaw.
— Spójrz tam — powiedział cicho, wskazując ruchem głowy miejsce w morzu blisko nas. Zaledwie około trzech metrów od głazu, na którym staliśmy, płynął wyraźnie widoczny w przejrzystej wodzie olbrzymi rekin, tnąc powierzchnię morza trójkątną płetwą grzbietową. Geoff szybko obrócił kamerę i sfilmował rybę opływającą głaz. Minęła nas trzy razy. Następnie potężnymi uderzeniami długiego ogona zwiększyła prędkość i odpłynęła ku środkowi zatoki, gdzie ostatnio dostrzegliśmy żółwia. Chociaż już nie widzieliśmy tułowia rekina, mogliśmy śledzić jego kurs według ruchu płetwy grzbietowej. Wreszcie i ona pogrążyła się w wodzie.
Zrobiło to na mnie wielkie wrażenie. Można by było wytresować do przypływania na wezwanie zarówno rekina, jak i żółwia, ale w tym celu trzeba by było nagradzać zwierzęta pokarmem, a jestem pewien, że tego ludzie z Nathamaki nie robili. Czy był to zatem tylko zbieg okoliczności, że zarówno rekin, jak i żółw zjawiały się na wołanie naczelnika? Żeby udzielić na to pytanie stosownej odpowiedzi, musielibyśmy czekać w milczeniu na szczycie klifu codziennie, może przez tydzień, i starannie notować częstość pojawiania się w błękitnych wodach zatoki rekinów oraz żółwi wynurzających się, by zaczerpnąć powietrza. Z tego powodu rzeczywiście bardzo żałowałem, że tego wieczoru musimy opuścić wyspę.

Tu’i Malila był żółwiem lądowym i podobno najstarszym żyjącym zwierzęciem na świecie. Według tradycji tego osobnika oraz samicę otrzymał w darze od kapitana Cooka w roku 1773 lub 1777 tongijski wódz Sioeli Pangia. Później wódz podarował zwierzęta córce Tu’i Tonga’. Po sześćdziesięciu latach samica padła, a Tu’i Malila zamieszkał w wiosce Malila, od której pochodziło jego imię. W końcu żółw został sprowadzony do Nuku’alofa. Jeśli ta historia była prawdziwa, żółw musiał mieć co najmniej sto osiemdziesiąt trzy lata, czyli więcej niż inny słynny żółw sprowadzony w 1766 roku z Seszeli na wyspę Mauritius, gdzie dożył aż do 1918 roku, kiedy spadł ze stanowiska dział nadbrzeżnych. Niestety, Cook nie wspomniał w swoich dziennikach o złożeniu takiego daru, a nawet gdyby rzeczywiście podarował żółwia, nie sposób dowieść, że Tu’i Malila jest tym właśnie zwierzęciem. Możliwe, że został przywieziony na wyspy Tonga później przez jakiś inny statek, gdyż statki często przewoziły żółwie jako gotowe i dogodne źródło świeżego mięsa.
Bez względu na to, jak się sprawy miały, Tu’i Malila był obecnie niezmiernie stary. Jego skorupa była poobijana i powgniatana wskutek serii wypadków, których doznał w ciągu długiego życia — nadepnął na niego koń, ogarnął go pożar buszu i prawie zmiażdżyła go płonąca kłoda, a od wielu lat był całkowicie, ślepy. Utrata wzroku uniemożliwiała mu samodzielne szukanie pokarmu, więc ktoś z pałacu codziennie przynosił mu dojrzałe papaje i gotowane bulwy manioku. Sporą część pracy w pałacowych ogrodach wykonywali więźniowie, a to konkretne zadanie wypełniał rosły i niezmiernie życzliwy morderca.

Pająki przybrały gałęzie niskich, ciernistych krzewów sieciami, na których dolnych krawędziach jakimś cudownym sposobem zawiesiły puste muszle ślimaków, służące jako obciążniki i utrzymujące jedwabiste nitki sieci w stanie naprężenia. Pod jednym z krzaków znaleźliśmy ładnego żółwia, długiego prawie na sześćdziesiąt centymetrów, o kopulastej, czekoladowobrązowej skorupie usianej promienistymi, żółtymi liniami. Jak wiedzieliśmy. wiele plemion otacza te stworzenia czcią. Jeśli człowiek napotka żółwia. kładzie mu na skorupie jakąś skromną ofiarę i idzie dalej swoją drogą. uważa bowiem takie zdarzenie za dobry omen. Jednak spotkanie go nie wpłynęło jakoś szczególnie korzystnie na nasze szczęście, bo przywlekliśmy się z powrotem do obozu zgrzani, wyprażeni słońcem i z pustymi rękami.

Przeciskaliśmy się między skałami, penetrując przy świetle latarek wnętrze jaskiń i wspinając się na klify, żeby rzucić okiem na małe grupy malowideł w wysoko położonych zakamarkach. Znaleźliśmy obrazy waranów, krokodyli, żółwi i kangurów oraz dużego, zgrabnie przedstawionego delfina. Niektóre zostały namalowane w tych częściach klifu, które nawet przy znanej zwinności Aborygenów wydawały się prawie niedostępne.

Tylną ścianę owej naturalnej, otwartej sali pokrywał wspaniały fryz przedstawiający czerwone ryby barramundi. Każdy z tych potworów, namalowanych z łbami pochylonymi ku dołowi, mierzył od stu dwudziestu do stu pięćdziesięciu centymetrów. Podobnie jak oglądane przez nas na Nourlangie Rock, były przedstawione w stylu rentgenogramu, lecz ze staranniejszym zobrazowaniem szczegółów. Kręgosłup, promieniste struktury płetwy ogonowej, płaty wątroby, pasma mięśni wzdłuż grzbietu, gardziel i jelito — to wszystko było odzwierciedlone. Pomiędzy tymi majestatycznymi rybami widniały żółwie o wężowych szyjach, kangury, warany, emu oraz geometryczne wzory. Deseń rozciągał się na długość piętnastu metrów pasmem wysokim na sto osiemdziesiąt centymetrów, namalowanym tak gęsto i w tak wielkiej liczbie obrazów, że łby i ogony poprzednich malowideł wystawały spod późniejszych Z podnieceniem badaliśmy jaskinię, wołając do siebie, gdy znajdowaliśmy coś nowego, inny rodzaj zwierzęcia albo szczególnie wspaniały przykład.

W każdym razie niektóre obrazy muszą sobie liczyć ponad półtora wieku, gdyż Matthew Flinders doniósł o znalezieniu podczas swojej wyprawy badawczej w 1803 roku rysunków żółwi i ryb na Chasm w zatoce Karpentaria.

Pod względem tematyki europejskie malowidła wydają się dość odmienne, przedstawiają bowiem dzikie woły, bizony, jelenie, mamuty i nosorożce. Jednak te stworzenia łączy podobieństwo z rybami barramundi, żółwiami i kangurami w jednej ważnej kwestii — do obu grup należą zwierzęta, na które polowano dla zdobycia żywności.

Byli to członkowie plemienia Gunavidji, którzy rzadko oddalają się od morza. Mężczyźni umieli budować żaglowe czółna, z których polowali na żółwie i łowili bammundi, a kobiety codziennie podczas odpływu szukały na skraju raf skorupiaków i krabów.

Magani powoli i starannie malował kangury, ludzi, ryby i żółwie. Wzory były stylizowane i proste. Przy żadnym z nich nie usiłował przedstawić dokładnego wyglądu zwierzęcia. Było to zbędne, każdy bowiem wiedział, jak wygląda kangur lub człowiek.

Co do jednej rzeczy nie można mieć większych wątpliwości — Europejczycy z epoki kamienia i dawni australijscy Aborygeni dzielili niegdyś podobny poziom zaawansowania technologicznego. Oba ludy zaliczały się do wędrownych myśliwych — jeden tropił kangury i żółwie, a drugi dzikie bawoły i mamuty. Żaden z nich nie posiadł jeszcze sekretów udomawiania zwierząt i uprawiania roślin, które umożliwiłyby im prowadzenie życia osiadłego w jednym miejscu. Być może to podobieństwo trybów życia dało początek analogicznym wierzeniom religijnym i wyjaśnia zbieżności widoczne w malarstwie obu ludów.

Autor: XYuriTT

Przygody młodego przyrodnika

Tytuł: Przygody młodego przyrodnika
Tytuł oryginału: Adventures of a Young Naturalist
Autor(zy): David Attenborough
Tłumaczenie: Adam Tuz
Rok wydania: 2017 (ENG), 2018 (PL)
Wydawnictwo: Two Roads (ENG), Prószyński i S-ka (PL)

Dlaczego w bazie: Książka wspominkowa z pierwszych wypraw przyrodniczych autora. Sporo w niej żółwich elementów, aż dziesięć, czasem krótszych, czasem dłuższych fragmentów znaleźliśmy i prezentujemy je poniżej:

Kolekcja zwierząt powoli rosła i gdy po dwóch tygodniach na sawannie lecieliśmy z powrotem do Georgetown, wieźliśmy ze sobą nie tylko naszego kajmana w ogromnej, specjalnie dopasowanej do jego rozmiarów drewnianej skrzyni, lecz także mrówkojada wielkiego, małą anakondę, kilka słodkowodnych żółwi, małpki kapucynki, papużki oraz ary. Wydawało się to całkiem niezłym początkiem. 1

Zanim dotarliśmy do Pipilipai, wsi w górnym biegu rzeki, mieliśmy już nabyte drogą handlu wymiennego ary, ptaki z rodziny tanagrowatych, małpy i żółwie, a także kilka niezwykłych, jaskrawo ubarwionych papug. 2

Przez pierwsze pół godziny Houdini zachowywał się idealnie; czubacz, przywiązany kawałkiem sznurka okręconym wokół łapy, przysiadł spokojnie na plandece okrywającej nasz sprzęt; żółwie wałęsały się po dnie łodzi, papugi i ary przyjaźnie powrzaskiwały nam do uszu, a małpki kapucynki zasiadły razem w dużej, drewnianej klatce, zajęte czułym wzajemnym przeglądem sierści. 3

Mężczyźni i kobiety leżeli w hamakach rozpiętych między belkami; inni przycupnęli na drewnianych stołeczkach, wyrzeźbionych w stylizowaną formę skorupy żółwia. 4

Pomiędzy pawilonami leżało sześć żywych żółwi z przednimi płetwami okrutnie przebitymi i związanymi rzemieniem z trzciny ratanowej. Zwierzęta pospuszczały na ziemię obleczone suchą skórą łby, mrugały powoli powiekami znużonych, szklistych oczu, roniąc obfite łzy, podczas gdy roześmiany, rozgadany tłum przemykał obok nich. Tego wieczoru miały zostać zarżnięte. Następnego dnia Mas przyprowadził nas tam ponownie. Posiadłość była jeszcze szczelniej zatłoczona ludźmi niż poprzedniego wieczoru. Wszyscy mieli na sobie odświętne stroje: mężczyźni — sarongi, tuniki i turbany, a kobiety — obcisłe bluzki i długie spódnice. Książę, pan domu, siedział ze skrzyżowanymi nogami na małym podwyższeniu w towarzystwie co ważniejszych gości — gawędzili, popijali kawę z małych filiżanek i zajadali kawałki żółwiego mięsa, nadziane na bambusowe patyki. 5

Wymieniliśmy zwierzęta, jakie mieliśmy nadzieję ujrzeć: nandu szare, kapibary, żółwie, pancerniki, wiskacze, siewki oraz pójdźki ziemne.6

Pierwszego lokatora łazienki znalazłem, gdy pewnego dnia przemierzałem konno równinę krótko po potężnej ulewie. Wybiegi były przesiąknięte wodą i w zagłębieniach gruntu utworzyły się szerokie, płytkie sadzawki. Kiedy przejeżdżałem obok jednej z nich, zauważyłem nad powierzchnią wody drobny, podobny do żabiego pysk, którego właściciel przyglądał mi się z powagą. Kiedy zsiadłem z konia, pysk zniknął w mulistym wirze. Przywiązałem wierzchowca do płotu i usiadłem, żeby zaczekać. Wkrótce pysk wychynął znowu przy dalszym brzegu sadzawki Ruszyłem naokoło bajorka w jego kierunku i szybko znalazłem się dostatecznie blisko, by dojrzeć, że czymkolwiek to dociekliwe stworzonko mogło być, to z pewnością nie było żabą. Ponownie zniknęło i odpłynęło pod powierzchnią, wzburzając za sobą mętny ślad, który urwał się, gdy zwierzę się zatrzymało. Zanurzyłem rękę w wodzie i wyjąłem małego żółwia.
Miał piękne, czarno-białe wzory na spodniej stronie pancerza i szyję tak długą, że nie mógł jej wyprostowanej wciągnąć do wnętrza jak żółw lądowy, tylko musiał zgiąć ją na bok. Był to przedstawiciel podrzędu żółwi boko-szyjnych, czyli stworzenie niezbyt rzadkie, ale zajmujące. Byłem całkowicie pewien, że zdołamy znaleźć w samolocie miejsce dla zwierzęcia tak niewielkiego i atrakcyjnego, nawet gdyby musiało podróżować w mojej kieszeni. Napełniona do połowy wanna z paroma umieszczonymi w głębszym końcu kamieniami, na które gad mógłby się wspinać, gdy mu się znudzi pływanie, stanowiła dlań doskonałe siedlisko.
Dwa dni później w jednym ze strumieni znaleźliśmy mu partnera. Kiedy oba żółwie spoczywały bez ruchu na dnie wanny, wystawiały na pokaz dwa jaskrawe, czarno-białe, mięsiste fałdy zwisające im spod brody niczym żaboty prawników. Być może te dziwaczne dodatki, którymi właściciel może poruszać, jeśli tylko zechce, służą jako wabiki przyciągające małe rybki śmiertelnie blisko paszczy żółwia leżącego niby kamień na dnie sadzawki. Jednak nasze żółwie nie musiały ich używać, bo co wieczór podawaliśmy im szczypcami wyproszone w kuchni surowe mięso. Jadły z zapałem, wyrzucając szyje do przodu i chwytając w paszcze kawałki mięsa. Kiedy tylko kończyły posiłek, wyjmowaliśmy je z wody i pozwalaliśmy im wędrować po wyłożonej kafelkami podłodze, podczas gdy sami korzystaliśmy z wanny w bardziej konwencjonalny sposób. 7

Napełniłem umywalkę do połowy wodą i przeniosłem do niej żółwie.8

Pobyt w W. Caabó trwał krótko. Dwa tygodnie po naszym przylocie firmowy samolot wrócił, żeby zabrać nas z powrotem do Asunción. Było w komfortowe i fascynujące interludium, więc żałowaliśmy, że musimy już wyjeżdżać. Zabraliśmy ze sobą pancerniki, żółwie, małego oswojonego lisa podarowanego nam przez jednego z peonów, a także niezapomniane wspomnienia oraz film o garncarzach, pójdźkach ziemnych, siewkach, nandum wiskaczach i zapewne najbardziej pamiętnych bohaterach — gigantycznym stadzie kapibar. 9

Zachwycony urzędnik odczytał ją na głos. Kiedy doszedł do pancerników, zmarszczył brwi i sięgnął po opasły tom z przepisami. Po dość znacznym czasie spędzonym na studiowaniu indeksu podniósł na nas wzrok.
— Czy mogę wiedzieć, co to za zwierzęta?
— Pancerniki. To naprawdę dość urocze, małe stworzenia z twardymi skorupami ochronnymi.
— Ach, żółwie.
— Nie. Pancerniki.
— Może to jakiś rodzaj homarów?
— Nie, to nie homary — odparłem cierpliwie. — To pancerniki.
— Jak brzmi ich nazwa po hiszpańsku?
— Armadillo
— A w guarani?
— Tatu.
— A po angielsku?
— To dosyć dziwne — odpowiedziałem żartobliwie — ale też armadillo. 10


1. After several days at Karanambo, we returned to Lethem. Slowly the animal collection grew and when, after two weeks on the savannahs, we flew back to Georgetown, we took with us not only our caiman, lying in a huge tailor-made wooden crate, but a giant anteater, a small anaconda, some fresh water turtles, capuchin monkeys, parakeets and macaws. It seemed a reasonable beginning.


2. By the time we were nearing Pipilipai, the village at the head of the river, we had bartered beads for macaws, tanagers, monkeys and tortoises as well as several unusual and brightly colored parrots.


3. Houdini behaved perfectly for the first half-hour; the curassow, tethered by a piece of string round its ankle, perched peacefully on the tarpaulin covering our equipment; tortoises rambled about the bottom of the canoe, parrots and macaws screeched amicably in our ears, and the capuchin monkeys sat together in a large wooden cage, affectionately examining one another’s fur.


4. Men and women lay in hammocks, crisscrossing from beam to beam; others squatted on small wooden stools carved in the stylized form of a tortoise.


5. Between the pavilions lay six turtles still alive, their fore-flippers cruelly pierced and tied with a thong of rattan cane, their dry leathery heads sunk to the ground. They blinked slowly, their weary glazed eyes weeping copiously as the laughing, chattering crowd swept round them. They would be slaughtered that evening.
The next day Mas took us back to the house. The courtyard was even more tightly packed with people than it had been on the preceding night. All were wearing their best clothes, the men in sarongs, tunics and turbans, the women in tight blouses and long skirts. The prince, the head of the household, sat cross-legged on a small platform chattering to the more important guests, drinking small cups of coffee and eating gobbets of turtle meat spitted on bamboo sticks.


6. We told him what animals we hoped to see—rheas, capybara, turtles, armadillos, viscachas, plovers and burrowing owls.


7. I found the first lodger for the bathroom one day when I was out riding on the camp shortly after a heavy rainstorm. The paddocks were waterlogged and in the hollows, wide shallow pools had formed. As I rode past one of them, I noticed a small frog-like face peering above the surface of the water, gravely inspecting me. As I dismounted, the face disappeared in a muddy swirl. I tied my horse to the fence and sat down to wait. Soon the face appeared again from the farther edge of the pool. I walked round toward it and was soon close enough to see that whatever else this inquisitive little creature might be, it was not a frog. Again it vanished and swam away beneath the surface, stirring up a cloudy line as it went. The trail stopped as the animal settled. I put my hand into the water and brought up a small turtle.
He had a beautifully marked underside, patterned in black and white, and a neck so long that he was unable to retract it straight inward like a tortoise, but had had to fold it sideways. He was a side-necked turtle—not a rare creature, but an engaging one, and I was quite sure that we could find room in the airplane for one so small and attractive, even if he had to travel in my pocket. The bath, half-filled, with a few boulders in the deep end on which he could climb when he was bored with swimming, made him an excellent home.
Two days later, in one of the streams, we found him a mate. As the pair of them lay motionless on the bottom of the bath, each displayed two brilliant black and white fleshy tabs which hung down from beneath their chins like lawyers’ bands. It may be that odd appendages, which their owner can move about if it wishes to do so, serve as lures to attract small fish fatally close to the turtle’s mouth as it lies unobtrusive and stone-like on the bottom of the pond. But our turtles had no need to use
them, for each evening we begged some raw meat from the kitchen and offered it to them with a pair of forceps. They fed eagerly, shooting their necks forward to engulf the meat in their mouths. As soon as they had finished their meal, we took them out of the water and let them wander around on the tiled floor while we used the bath for its more conventional purpose.


8. I half-filled the hand basin and transferred the turtles to it.


9. Our stay at Ita Caabo was only a short one. Two weeks after we had arrived, the company’s plane returned to take us back to Asunción. It had been a comfortable and fascinating interlude and we were sorry to go. We took back with us the mulitas, the turtles, a little tame fox given us by one of the peones, and unforgettable memories and film of ovenbirds and burrowing owls, plovers and rheas, viscachas and, perhaps most memorable of all, the giant herd of capybara.


10. He read it through out loud, in a wondering tone of voice. When he came to the armadillos, his brow furrowed and he reached down a bulky manual of regulations. After studying the index for some considerable time, he looked up at us.
“What are these animals, please?”
“Armadillos. They are rather charming little creatures, actually, with hard protective shells.”
“Oh, tortoises.”
“No. Armadillos.”
“Maybe they are a kind of lobster.”
“No, they are not lobsters,” I said patiently. “They are armadillos.”
“What is their name in Spanish?”
“Armadillo.”
“In Guarani?”
“Tatu.”
“And in English?”
“Strangely enough,” I said jocularly, “armadillo.”


Autor: XYuriTT

Na ścieżkach życia

Tytuł: Na ścieżkach życia
Tytuł oryginału: The Trials of Life
Autor(zy): David Attenborough
Tłumaczenie: Mieczysław Godyń, Maciej Tomal
Rok wydania: 1990
Wydawnictwo: Collins

Dlaczego w bazie: W książce tej (która jest dodatkiem do serii telewizyjnej którą mamy opisaną w bazie) znaleźliśmy trzy żółwie kawałki.

Pierwszy dotyczy żółwi norowych i tego, jakie znaczenie dla lokalnych zwierząt mają jego nory.

Gady również kopią tunele. Żółw norowy, żyjący na południowozachodnich pustynnych obszarach Stanów Zjednoczonych, chroni się pod ziemią w godzinach największego upału. W tym celu powolnymi, niezgrabnymi ruchami swych uzbrojonych w pazury przednich łap rozgrzebuje spaloną słońcem glebę. Często się zdarza, że takie tunele osiągają długość ponad dwunastu metrów, co zważywszy na iście żółwie tempo ich powstawania każe przypuszczać, że stanowią one dzieło wielu pokoleń i liczą sobie po kilkaset lat.
Znakomitymi kopaczami są także drobne ssaki. Kanguroszczury i postrzałki -podobnie jak żółwie-używają swych nor jako ukrycia przed palącym słońcem; hieny i wilki – jako schronienia dla młodych; borsuki i pancerniki -jako sypialni, w których drzemią w czasie dnia po nocnych łowach; myszy i króliki 8 jako azylu, w którym są niedostępne dla większości swych wrogów.1

Drugi fragment także dotyczy żółwi norowych, i tego, że nie wszystkie zwierzęta które wykorzystują jego nory, umieją okazać należytą wdzięczność.

„Dzicy” lokatorzy często zajmują także tunele, które wykopuje amerykański żółw norowy. W chłodnych wnętrzach tych tuneli chronią się przed upałem węże. Wprowadzają się do nich również niektóre sowy, mimo że wykopywanie w ziemi nor nie sprawia tym ptakom większych trudności. Siedzą potem u wej¬ścia, jakby tunel był ich własnością i patrzą obrażone, gdy prawowity właściciel ociężale wkracza do środka.2

Ostatni fragment dotyczy symbiozy w jakiej żyją żółwie z Galapagos z Ziębami.

Żyjącym na wyspach Galapagos żółwiom słoniowym towarzyszą zazwyczaj zięby Darwina. Opadają one na ziemię tuż przed żółwiem, po czym groteskowo podrygują. Jeżeli żółw pragnie odbyć toaletę, sygnalizuje to unosząc szyję i prostując nogi, tak że piasek osypuje się z jego potężnej skorupy. Odsłania w ten sposób – na tyle, na ile to możliwe – ukjryte zazwyczaj zakamarki swego ciała. W tych zakamarkach znajduje się czasem coś wyjątkowo dokuczliwego. Zięby natychmiast podfruwąją do żółwia, a następnie wspinają się na jego uda i rozpoczynają przegląd karku. Podczas tej operacji żółw stoi prawie nieruchomo z wyrazem niezwykłej cierpliwości, przypominając w tym człowieka, któremu fryzjer obcina właśnie włosy.3


1. Reptiles also make tunnels. The gopher tortoise that lives in the southwestern deserts of the United States needs one as a shelter in which to escape the worst of the mid-day heat and it digs into the sun-baked ground with slow ponderous sweeps of its armoured fore-legs. These tortoise holes are often so long — up to forty feet — that judging from the tortoise’s slow rate of excavation they must have been made by several generations and are probably several centuries old.
Small mammals too are great diggers. Kangaroo rats and spring-hares use their holes, as the tortoise does, to shelter from the heat; hyaenas and wolves as nurseries; badgers and armadillos as dormitories in which to slumber during the day after foraging at night; and mice and rabbits as sanctuaries where they are beyond the reach of most of their enemies.


2. The tunnels dug by American gopher tortoises are also commandeered by squatters. Snakes slither in to cool off in their shade when the sun gets too hot. Burrowing owls, rather than burrowing for themselves, move in too, sitting in a proprietorial way beside the entrance and glaring in outrage when the rightful owner lumbers in.


3. In the Galapagos, finches attend to giant tortoises. They alight in front of one of them and hop up and down in an exaggerated fashion. If the tortoise feels the need to be cleaned, it signals its acceptance by craning its neck upwards and stiffening its legs so that its huge shell is lifted clear from the ground. In this position, all the more intimate parts of its skin where something unpleasant and irritating may have lodged are as fully exposed as they can be. Immediately, the finch flies on to the tortoise, inspecting its neck and climbing up its thighs while the tortoise stands quite motionless with that air of frozen patience adopted by a man having his hair cut.


Autor: XYuriTT