Znak żółwia

Tytuł: Znak żółwia
Autor(zy): Eugeniusz Paukszta
Rok wydania: 1961. Wznowienia wydano w 1965, 1979 i 1986
Ilość stron: 288, m.in.
Wydawnictwo: Wydawnictwo Poznańskie, m.in.

Dlaczego w bazie: Jak sugerować może już sam tytuł, ksiązka ta jest mocno żółwia. Główne znaczenie „żółwia” wynika z faktu, że jeden z bohaterów zaopiekował się znalezionym w domu po powodzi żółwiem, w książce jest wiele wzmianek o tym żółwiu, łapaniu dla niego żab w ramach pokarmu itd. – nie wymieniamy ich wszystkich, a jedynie kilka najciekawszych. Drugie znaczenie to wynikająca z tego symbolika, z racji opiekowania się tym żółwiem a zwłaszcza osobą której to był żółw, grupka młodzieńczych głównych bohaterów w pewnym momencie uznaje siebie za „klan spod znaku żółwia” (na którą to nazwę wpadają gdy pada pomyśł, by znalezioną łódkę nazwać właśnie „żółw”). Ostatnie zaś żółwie nawiązanie, oderwane i w pewien sposób poprzedzające pozostałe, to nazwa planowanej przez nazistów w czasie drugiej Wojny Światowej akcji-ludobójstwa której to nadali kryptonim „Aktion Schildkröte”, czyli „Akcja żółw”. Bohaterowie natrafiają na akta z informacją o tym, które przekazują władzom a ta je upublicznia.

Pierwsza wzmianka o żółwiu i wyjaśnienie skąd się wziął:

Teraz z dala już pohukiwał, poszturchując przy okazji Tolka, aż ten piszczał płaczliwie.
— Wczoraj wieczorem zawracał mi głowę swoimi bunkrami. Bzik mu jakiś strzelił do głowy, że powinniśmy odszukać wejście, tam miał się znajdować sztab jakiegoś wielkiego odcinka, całe miasto pod ziemią… Jeszcze mi swego piekielnego żółwia pakował na kolana — bez zainteresowania powiedział Heniek.
— Co za żółw? — zainteresowała się Otrębska.
— Pani nie wie? Cudna historia. Jeszcze jeden niedoszły topielec z czasu powodzi. U Malickich woda sięgała do pół okien i od południa, skąd biła fala, wyrwała futrynę. Przez dwa dni muł wynosiliśmy, ryby nawet były, pijawki, żaby, cała menażeria. W kuchni za piecem jeszcze się nie zdążyło zrobić porządku. Siedzimy wszyscy, Malicki opowiada partyzancką historię, jak to pod Bieniakoniami dopadli oddział SS, wyrżnęli ich, słuchamy z otwartymi gębami, aż tu nagle zza pieca stacza się coś wraz z kupą błota, mało tego jeszcze, rusza się… Cień, nic nie widać. Roman się oczywiście wystraszył, wskoczył na stołek, bo myślał, że mysz.
— Ja ci…!
— Proszę, uderz w stół… — Heniek przezornie przetoczył się na ławie dalej od długich i kościstych nóg przyjaciela. — Lubusz pierwszy skoczył, wiadomo, opiekun małych stworzeń, za nim Benek. Okazało się, żółw. Duża, rozrosła sztuka. No i siedzi w kuchni, wygląda, że chwali sobie nowe życie. Benek go nosi co dnia do wielkiej kałuży, aby popływał.

Dalszy opis losów żółwia:

Żółwia usunęła Malicka z domu już w parę dni po powrocie z powodziowego biwaku w PGR-ze. Przejęty niespodzianym nabytkiem, Benek zaczął znosić nowemu ulubieńcowi przeróżne żuki, pijawki, wreszcie ropuchy i żaby, w końcu cierpliwość kobiety się wyczerpała.
Złapała syna za kark każąc mu wynosić się wraz z nowym pupilem i jego skaczącą po kuchni spiżarnią.
Niedaleko domu pośrodku wybujałej łąki była niewielka sadzawka, porośnięta u brzegów tatarakiem, szlamista, siedlisko mnóstwa żab. Bocian, rezydujący na stodole majątkowej, często grasował w tym miejscu. Tam właśnie pomaszerował Benek wraz z ulubieńcem i mocno niechętnym do nowego przybysza, wyraźnie zazdrosnym Lubuszem.
Roman z Heńkiem również zaciekawili się przeprowadzką. Żółw, złożony u skraju cuchnącego bajorka, długo tkwił w skorupie, później niesłychanie powoli wysunął głowę, zerkał maleńkimi oczyma, jakby je mrużył od słońca, niezdarnie poruszył jedną łapą, drugą, zatrzymał się w takiej pozie, tkwił znieruchomiały jak kamień.
Stanowczo się nie spodobało to Lubuszowi. Szczeknął ponaglająco, potem podskoczył do skrytego w skorupie stworzenia. Benek sczerwieniał ze złości. Pognał psa, aż się zakurzyło.
— Nic z tego nie będzie. Tkwić potrafi tak do wieczora.
— Co ty, Heniek, możesz wiedzieć. Żebym ci nie powiedział, myślałbyś do dziś, że to wielka żaba nie żółw.
Żółw drgnął leciutko, gdy nie bacząc na błoto Benek przyklęknął przy nim, łagodnie pogładził po skorupie, czule zaszeptał. Leciutko, ostrożnie wysunęła się głowa, małe oczka zobaczyły palec Benka, jak tyle już razy poprzednio. Drgnęły łapy, żółw ruszył w ślad za palcem. Benek pakował się w wodę, grzązł w błocku, ale nie ustawał w roli przewodnika, twarz jego promieniała serdeczną radością i triumfem.
Żółw stanął, pokręcił główką, zanurzyły się już w błocku przednie łapy. I nagle, ani się spostrzegli, runął truchtem do wody jak najlepszy nurek — smyrgnął w niej pod powierzchnią, jeszcze go chwilę widzieli, wybiły na powierzchnię pęcherzyki powietrza, zabulgotało i już śladu nie było.
Chłopak odtańczył na brzegu taniec wojenny.
— A co? A co? — pokrzykiwał.
Benek triumfował na całej linii. Przez pół dnia wygrywał Kubiakowi marchewkę na nosie.
W taki sposób Benek obłaskawił żółwia. Ciągle też miał coś do roboty przy swoim ulubieńcu.
Łapał żaby po okolicznych łąkach i znosił je w czapce na bajorko, wpuszczał tam ryby.
Marzył przy tymi aby gdzieś zdobyć drugiego żółwia.
— Nie byłoby mu smutno, może mieliby dzieci…
Wtedy, gdy się tak opiekował swoim zaskorupionym pupilem czyj gdy baraszkował po podwórku z kudłatym Lubuszem, tracił cwaniacki wyraz twarzy, zostawał śniady, uśmiechnięty, miły chłopak o żywych, połyskujących ciekawością oczach. Takiego go Roman lubił najwięcej.

Dwa kolejne kawałki o żółwiach:

Co tam rysujesz? Nie wiedziałem, że masz takie talenty — schylił się Roman nad deską.
— Dla Benka. Ustawimy to nad jego błotkiem z żółwiami… Wiecie… — spojrzał na nich chmurno, zaczepnie. — Ten Benek to jedyny możliwy facet w naszym gronie. On przynajmniej z byle gówna nie robi tajemnic.
Wiesiek skrzywił się, zaraz jednak szepnął z wysiłkiem:
— Przepraszam cię, Heniek.
— Nie mądrz się, gdy nie wiesz, o co chodzi — zniecierpliwił się Roman. — Spójrz na Wieśka, jak on wygląda. Właśnie przyszliśmy do ciebie po radę. A ten żółw to naprawdę ci się udał. Benek będzie się cieszył. — Chwalił nie tylko po to, by zjednać nadąsanego Kubiaka.
Żółw mocnymi konturami wymalowany na desce rzeczywiście bardzo mu się podobał. Heniek gładko przełknął pochlebstwo, nie zamierzał jednak rezygnować tak łatwo.
Zaburczał:
— Po radę. Do mnie. Widocznie szanownym panom własnych łepetyn było za mało, co?

— Gadanie — słowo to Heniek wypowiedział mniej pewnie. Ale na zakład nie chciał się zgodzić.
— Nie chcecie, to nie. Wolę już moje żółwie od was. One mają większą smykałkę.
Sami z Tolkiem będziemy radzić… — parsknął im śmiechem prosto w twarze, odmaszerował zawadiackim krokiem, z rękami w kieszeniach. Poszedł do swojego blotka na łące, gdzie już z daleka czerniała tablica z wymalowanym na niej wizerunkiem żółwia. Roman spojrzał w tamtym kierunku, uśmiechnął się.
— To ci dopiero kompania spod znaku żółwia.
— Kto ? — Heniek zastanawiał się nad czymś, nie słyszał słów przyjaciela.
— Kto? My wszyscy…

„Powstanie” klanu:

— Trzeba będzie ochrzcić tę łódź? Jaką nazwę jej damy?
— Mamy czas, odłożymy na później.
— Oblewanie można odłożyć, ale nazwę dziś wymyślimy. Ja mam pomysł. Zgodzicie się? — podniósł ślepia, przewracał nimi, był bardzo przejęty.
— Gadaj — zniecierpliwił się Heniek.
— Nazwiemy ją „Żółw”, dobrze? Bo to wszystko tutaj się kręci koło tych żółwi.
— Wszystko, jak wszystko. Ty się kręcisz — sprostował Kubiak.
— Tablicę kto malował, ja? — odparował malec, łyskając czarnymi oczyma.
— Dobra. Może być „Żółw”. To nawet dobrze brzmi. Bo właściwie Benek ma rację.
Patrzcie, koło bunkrów znaleźliśmy żółwia. Tam, gdzie nas spotkały te wszystkie przygody. Pod jego znakiem zaczęły się wszystkie awantury.
— A my nazwiemy się klanem spod znaku żółwia. Pycha, no nie?

Dwa (wybrane) kawałki o „Aktion Schildkröte” i tym dlaczego do niej, zdaniem jednego z bohaterów, nie doszło:

Wszędzie napisano „streng geheim”, to znaczy ściśle tajne — powiedział. — To może być nawet ciekawe. O, Benek, jest coś dla ciebie…
— Dla mnie? — patrząc na wyblakły granat cieniutkiej teczki Benek zdziwił się tylko już grzecznościowo.
— Tu jest napis: Aktion Schildkröte. To znaczy Akcja Żółwia. I też ściśle tajne.
— Żółw? To naprawdę dla mnie. Zobacz, Wiesiek, może są tam jakieś plany miejsca ukrycia skarbów. Mogło i tak być, nieprawda?
— Ja mam to wszystko gdzieś, razem z żółwiami — naburmuszył się Heniek, usiadł na stercie gruzu. — Więcej się już nie bawię w poszukiwacza dziwów. Albo szkielety, albo tajne esesmańskie papiery.

Potem Malicki odwozi brygadiera, malcy pędzą do swoich żółwi, Roman morduje się przy motorze, najpewniej w tym roku nic z tego nie będzie, trzeba kilka części wymienić, nietypowe, tokarka iść musi w robotę. Więc chyba w Warszawie?
Za to kadłub błyszczy świeżo pociągnięty lakierem. U dzioba po obu stronach czarnymi konturami naznaczony rysunek żółwia. Chłopcy przystają przy nim, wodzą zachwyconym wejrzeniem.
— Żółwie to fajne zwierzaki. Niemiachy nie połapały się, źle swą akcję nazwali, to żółwie przyniosły im pecha, nie zezwoliły wymordować Polaków — z całą powagą tłumaczy Benek Tolkowi.

Autor: XYuriTT

Dodaj do zakładek Link.

Komentarze są wyłączone.