Wędrówki

Tytuł: Wędrówki
Tytuł oryginału: Travels
Autor(zy): Michael Crichton
Tłumaczenie: Barbara Przybyłowska
Rok wydania: 1988
Wydawnictwo: Knopf (ENG), Amber (PL)

Dlaczego w bazie: Uzasadnienie

Pierwsze wzmianki mają miejsce w rozdziale Piramida Maga (Pyramid of the Magicians) gdzie autor zwiedza Uxmal. Dwukrotnie wspomina znajdujący się tam budynek znany jako „Dom żółwi”:

Na zachód od niego wielki piętrowy Dom Gubernatora, o którym się mówi, że jest jedną z najwspanialszych budowli kiedykolwiek wzniesionych w Ameryce. Obok Dom Żółwi i Dom Gołębi. A za nimi porosłe zielenią pagórki, kryjące w sobie jeszcze nieodkryte zabytki.1

Dom Żółwi został tak nazwany, bo na jego fasadzie jest przedstawiony rząd żółwi. Dom Gołębi nosi taką nazwę, bo jego dach przypomina gołębnik. Ale nikt nie wie, jak naprawdę te budynki się nazywały i do czego służyły. Nikt nie ma o tym pojęcia.2

Kolejny żółwi fragment jest bardziej rozbudowany, jest to bowiem cały sześciostronicowy rozdział poświęcony żółwicy jaką Michael spotkał w Singapurze. Sam rozdział ma tytuł Żółwica (An Extinct Turtle (Angielski tytuł nalezałoby rozumieć bardziej jako „wymarły żółw”, ale polski tytuł jest jaki jest.), poniżej przytaczamy obszerne fragmenty:

Niełatwo było jednak zamówić teleksem uroczy pensjonacik na wschodnim wybrzeżu, a ja przyjechałem tu wiosną 1982 roku ze szczególnej przyczyny – aby obejrzeć odbywające się o tej porze roku składanie jaj przez olbrzymie malajskie żółwie skórzaste.
Począwszy od maja przez kilka miesięcy żółwie te wynurzają się z oceanu, by złożyć jaja na pustych plażach wschodniego wybrzeża. Miejsca te są tak odcięte od świata, że nie wiadomo, czy żółwie nie wyginęły od 1950 roku, kiedy je ostatnio widziano przy składaniu jaj.3

– Nie wiem. Myślę, że nie ma tu żadnych żółwi, że to niewłaściwa pora.
Co za tuman! – pomyślałem. O niczym nie ma najmniejszego pojęcia.
Dyrekcja hotelu powinna pomyśleć dwa razy, nim posadzi takiego kogoś za biurkiem recepcjonisty. Żółwie przecież muszą być wielką miejscową atrakcją i należałoby oczekiwać, że personel hotelu będzie coś o nich wiedział.
Ale następne dni przyniosły mi jedynie zawód. Wyglądało na to, że nikt nic nie wie o żółwiach. Wiedzieli o windsurfingu. Wiedzieli o wycieczkach do dżungli. Wiedzieli o wyprawach na oglądanie miejscowych tańców. Ale nikt nic nie wiedział o żółwiach. 4

– Widział je pan kiedy?
– Nie, nigdy.
– A tego pan nie zauważył?
– Gdzie?
– Tu blisko. Pod drzewami – pokazał.
Na skraju plaży rosły jakieś drzewa, rzucające teraz cień w świetle księżyca. Pod jednym z nich ujrzałem jakiś kształt na piasku. Podszedłem bliżej i zapaliłem latarkę błyskową.
Żółwica była ogromna, wielkości komody. Głowę zwróciła w kierunku oceanu. Płetwami wykopała dół głęboki chyba na metr. Teraz znosiła do niego miękkie, śliskie, przezroczyste jaja. Poruszała powoli wspaniałą głową naprzód i w tył, a do oczu napływały jej łzy.
Żółwica musiała ważyć ze sto pięćdziesiąt kilogramów, może nawet więcej. Przeczołganie się sto metrów w gąb plaży, wykopanie jamy niezdarnymi płetwami i złożenie w niej jaj wymagało od niej ogromnego wysiłku. Na pyszczku znać było wyczerpanie i oszołomienie. Oczy wciąż łzawiły, ale nie były to zapewne prawdziwe łzy, tylko jakaś oczna wydzielina. 5

Tymczasem na plaży zrobił się ruch. Nadciągnęło kilkunastu Chińczyków i Malajów. Dowiedzieli się o żółwicy. Przynieśli ze sobą wiele świateł, którymi oświetlili zwierzę. Zacząłem czuć się nieswojo. Teraz już cały tłum ludzi stał wokół żółwicy, przyglądając się, jak składa jaja.
Inni zaczęli zapalać flesze, żeby ją sfotografować. Przysunęli się bardzo blisko jej głowy i oślepiali ją rozbłysk za rozbłyskiem. W końcu ojciec chińskiej rodziny powiedział coś do swego syna. Chłopiec wdrapał się na grzbiet żółwicy i usiadł na nim, a ojciec zrobił zdjęcie. Zaraz potem cała rodzina zasiadła tam okrakiem, pozując do następnego zdjęcia, a żółwica tylko bezradnie machała płetwami.
Udało się jej w końcu sypnąć piaskiem w twarz stojącemu obok niej dzieciaka. Malec rozpłakał się w ciemnościach. Malajczycy zaczęli krzyczeć i przeklinać. Jeden z Chińczyków upozował się do zdjęcia z nią, stając tuż obok jej głowy i przysuwając do jej pyska butelkę piwa, jakby dając jej się napić. Rozbłysk. Śmiechy.
Znów zajechał tamten chłopak na skuterze. Zatrzymał się i zaparkował swój pojazd. Ludzie zamilkli. Sądziłem, że to może jakaś urzędowa osoba, ale kiedy wkroczył w krąg światła, zobaczyłem, że to dziesięcio-, może jedenastolatek. Przemówił do zebranych spokojnie, najwidoczniej opowiadając im o żółwicy. Z jego gestów mogłem poznać, że tłumaczy, co ta żółwica robi. Pokazał jej ślad ciągnący się od wody na plażę. Jak pracowicie się odwraca głową do oceanu. Jak długo się trudzi, kopiąc jamę. Ile wysiłku ją kosztuje złożenie jaj. A potem, kiedy już je złoży, ile godzin jeszcze będzie tu leżeć, wyczerpana, nim zbierze siły, by znów popełznąć do wody i o świcie zanurzyć się w fale.
Słuchali w milczeniu. Mały Chińczyk zsunął się z grzbietu żółwicy. Dzieciak przestał płakać, bo go zachęcono, by dotknął jej skorupy i zawarł pokój z tym wielkim stworzeniem. Wytworzył się nastrój pełen uszanowania. Cofnięto się od pracowicie wykopanej jamy. Pomyślałem: Wystarczyło, by zrozumieli, co się dzieje z tym stworzeniem. Zanim im nie powiedziano, nie mogli sobie tego nawet wyobrazić, ale kiedy się już dowiedzieli, okazują współczucie i zrozumienie.6

Pokazał palcem na rozchodzących się ludzi.
– Teraz iść. Zobaczyć żółw i iść sobie.
– Co im powiedziałeś? – zapytałem.
– Oni mówić, że chcieć kupić jaja – powiedział. – Ja im mówić, gdzie kupić jaja, i oni sobie pójść.
– Oni teraz pójdą kupić sobie jajek?
– Nie.
– Dlaczego?
– Ja im opowiedzieć o żółwicy, o jajach. Oni słuchać.
– No tak.
– I ja im powiedzieć, jaki jest koszt tych jajek. Kobiety powiedziały, że za duży. Chyba ich nie kupią.
– Nie?
Potrząsnął głową.
– Nie.
Żółwica została w jamie, poruszając od czasu do czasu płetwami. Po godzinie pojawiła się nowa grupa ludzi. Znów rozbłyski fleszów, znów pozowanie do zdjęć. Wróciłem do hotelu.7

Ostatnia żółwia wzmianka ma miejsce w rozdziale Nauczyciel kaktus (Cactus Teachings), przytaczamy na tyle duży kawałek by jasny był także kontekst wzmianki:

Następnie Brugh wprowadził do naszych zajęć I Cing, chińską księgę wróżb, według której rzuca się sześć razy trzy monety, przeprowadza odpowiednią kalkulację wyników i szuka odpowiedniego wersetu w tekście.
Cała procedura liczbowa wydała mi się zbędnie skomplikowana, a kiedy się już przechodziło do tekstu, raczej niewiele to dawało. „Ktoś w istocie go powiększa; nawet dziesięć żółwi nie może temu zapobiec” albo „Trzeba naprawić studnię, nim się wyciągnie z niej wodę”. Trudno było w tym znaleźć jakiś sens.8


1. To the west, the great tiered House of the Governor, which has been called the single most magnificent building ever erected in the Americas. Near it, the House of the Turtles and the House of the Pigeons.


2. The House of the Turtles is named for a row of turtles on its façade. The House of the Pigeons is so named because its roof suggests a dovecote. But no one knows what those buildings were really called, or what went on in them. No one has any idea at all.


3. But charming guesthouses on the east coast are not easily telexed at short notice, and I had come here in the spring of 1982 for a particular reason—to see the seasonal egg-laying of the giant Malaysian leatherback turtles.
For several months beginning in May, the turtles emerge from the ocean to lay their eggs on the isolated beaches of the east coast. In fact, so remote are the beaches that the turtles were
coast. In fact, so remote are the beaches that the turtles were presumed extinct until the 1950s, when they were observed still laying their eggs.


4. A negative person, I thought, and uninformed as well. The hotel should think twice about having such a person behind the reception desk. After all, the turtles must be a great attraction in this region; a hotel person would logically be expected to know about them.
But in subsequent days I became discouraged. Nobody seemed to know about the turtles. They knew about the windsurfers. They knew about the jungle tours. They knew about the native dance excursions. But no one knew about the turtles.


5. “You have seen them?”
“No, never.”
“You have not seen the one?”
“Where?”
“Close. By the tree.” He pointed.
There were trees at the edge of the beach, casting shadows in the moonlight. Beneath one I saw a shape in the sand. I went over and clicked on my flashlight.
The turtle was enormous, the size of a desk. She was facing the ocean. With her flippers she had dug a pit of sand perhaps three feet deep. Now she was laying her translucent, slippery, soft eggs in the pit. Her magnificent head moved slowly back and forth. A tear came to her eyes.
The turtle must have weighed three hundred pounds, perhaps more. To crawl a hundred yards up the beach, dig a pit with her clumsy flippers, and lay her eggs had required an enormous effort. She had an exhausted, dazed look on her face. There were more tears, but these were apparently excretions from the eyes and not true tears.


6. There was a commotion to one side. A dozen people, Chinese and Malays, came up the beach. They had heard about the turtle. They brought powerful lights, which they shone on the animal. I began to feel uncomfortable. There were now a lot of people standing around this turtle while she laid her eggs.
The others began to fire flashbulbs, taking pictures of the turtle. They got very close to her face and fired flash after flash. Finally the father of the Chinese family said something to his son, and the boy climbed on the turtle’s back while his father flashed another picture. Pretty soon his whole family was posed astride the turtle, as she moved her hind flippers ineffectually.
Finally she managed to flick sand into the face of one of the young children standing nearby. The child began to cry in the
darkness. The Malays yelled at the turtle and cursed it. The Chinese took more flash pictures in rapid succession. One of the Chinese men posed near the turtle’s head, holding a bottle of beer to the turtle, as if to offer it a drink. Flash. Laughter.
The boy on the motor scooter zoomed up, parked his bike. The other people fell silent. I wondered if he was an official of some sort, but when he stepped into the light I saw he was only ten or eleven. He spoke quietly, apparently telling them about the turtle. From his gestures, it seemed he was explaining what the turtle was doing. He pointed out her tracks, all the way up the beach. How she had laboriously turned around to face back to the ocean. How long she had worked to dig her pit. How much effort it was costing her to lay her eggs. And, after she laid her eggs, how many hours she would lie here, exhausted, trying to find the strength to struggle back toward the water, to return to the surf by daybreak.
They listened in silence. The young Chinese boy got off the turtle’s back. The child stopped crying, and was encouraged to touch the turtle’s shell, to make peace with the great creature. The entire atmosphere became more respectful. They stepped back from the pit. I thought, They only needed to understand what was happening to this creature. They could not imagine without being told, but once they were told, they became sympathetic and understanding.


7. He pointed to the departing people. “They go now. They see the turtle and they go.”
“What did you tell them?” I asked.
“They say, want to buy eggs,” he said. “I tell them where to buy eggs, they leave now.”
“They will go and buy eggs?”
“No.”
“Why?”
“I tell them about the turtle, about the eggs. They listen.”
“Ah.”
“And I tell them the cost for eggs. The woman say too much. I think they will not buy.”
“No?”
He shook his head. “No.”
The turtle remained in the pit, moving a flipper occasionally. After an hour, another group of people arrived. There were more flashbulbs, more poses. I went home.


8. Next Brugh introduced the I Ching, a Chinese method of divination in which you toss three coins six times, do a calculation, then look up the answer in a text.
The procedure seemed mathematical and needlessly complicated. And when you got to the text, it was often not helpful: “Someone does indeed increase him; even ten tortoises cannot oppose.” Or “The well must be repaired before drawing water.” It was hard to make sense of that!


Autor: XYuriTT

Dodaj do zakładek Link.

Komentarze są wyłączone.