Galápagos (2006)

Tytuł: Galápagos
Premiera: 2006
Narracja: Tilda Swinton
Gatunek: Dokumentalny
Kraj Produkcji: UK
Sposób zapoznania: Cała seria

Dlaczego w bazie: Trzyodcinkowa seria o Galapagos, tytuły odcinków to: Born of Fire, Islands That Changed the World i Forces of Change. Cała seria jest bardzo żółwia, w każdym odcinku znajduje się spora ilość scenek z żółwiami, głównie lądowymi, w trzecim widać jednak także morskie.

Autor: XYuriTT

Podróże na drugi kraniec świata. Dalsze przygody młodego przyrodnika

Tytuł: Podróże na drugi kraniec świata. Dalsze przygody młodego przyrodnika
Tytuł oryginału: Journeys to the Other Side of the World: further adventures of a young naturalist
Autor(zy): David Attenborough
Tłumaczenie: Adam Tuz
Rok wydania: 2018 (ENG), 2020 (PL)
Wydawnictwo: Two Roads (ENG), Prószyński i S-ka (PL)

Dlaczego w bazie: Dalszy ciąg zapisków autora z jeog pierwszych wypraw przyrodniczych. Znaleźliśmy aż dziesieć żółwich fragmentów, z czego jeden całkiem długi. Przytaczamy wszystkie:

Ostatnią wyspą, którą odwiedziliśmy przed powrotem do Suvy, był Koro. Zaraz po przyjeździe na wyspy Fidżi, kiedy ustalaliśmy szczegół naszej podróży po zewnętrznych wyspach, zaplanowaliśmy spędzenie na Koro dwóch tygodni, ponieważ słyszeliśmy, że mieszkańcy wsi Nathamak na północnym wybrzeżu wyspy potrafią na zawołanie wzywać z głębi oceanu świętego żółwia i wielkiego, białego rekina. Takie twierdzenie nie było rzeczą jedyną w swoim rodzaju; podobno ludzie z Samoa, Wysi Gilberta, a w obrębie Fidżi także z wyspy Kandavu też umieją to robić niemniej historia wydawała się nam niezwykła. Nasze opóźnienie w związku z pobytem w Lomalomie oznaczało, że moglibyśmy obecnie spędzić na Koro dwadzieścia cztery godziny, ale bardzo chciałem to zrobić w nadziei, iż nawet w tak krótkim czasie moglibyśmy ujrzeć na własne ocz przyzywanie żółwia.
O zmierzchu następnego wieczoru, w niedzielę, rzuciliśmy kotwicę u wybrzeża w pobliżu Nathamaki i natychmiast zeszliśmy na brzeg, żeby przy kavie przedstawić się wodzowi.
Mbuli oczekiwał nas kilka tygodni temu, gdyż przysłaliśmy z Suvy wiadomość o planowanej wizycie, ale choć zjawiliśmy się tak spóźnieni, sprawiał wrażenie zachwyconego, że nas widzi.
— Na pewno zostaniecie tu co najmniej przez tydzień — rzekł.
— Wielka szkoda, ale nie możemy — odpowiedziałem. — Jutro wieczorem musimy odpłynąć do Suvy, bo mamy rezerwacje na statku, który zawiezie nas na wyspy Tonga.
— Oia-wa — wykrzyknął mbuli. — To źle. Mieliśmy nadzieję, że będziecie u nas gościć przez wiele dni, żebyśmy mogli uczynić wam zaszczyt i pokazać coś niecoś na naszej wyspie. A dziś jest niedziela, więc nie możemy nawet powitać was wielkim przyjęciem i tańcem taralala, bo kościół zabrania tańczyć w niedziele.
Powiódł żałosnym wzrokiem po kręgu osób pijących kavę i przypatrujących się nam dziewczętach oraz chłopcach, zebranych u drzwi mbure.
— Nieważne — rzucił, rozchmurzając się. — Mam pomysł. Będziemy popijać kavę jeszcze przez cztery godziny, a wtedy będzie już poniedziałek, przyjdą wszystkie dziewczęta i będziemy tańczyć aż do wschodu słońca.
Ze znacznym żalem musieliśmy odrzucić tak pomysłową propozycję, ale obiecaliśmy wrócić wcześnie następnego ranka z kamerami, żeby sfilmować ceremonię przyzywania żółwia.
Następny dzień od świtu zaczął się brzydką pogodą. Niebo zapełniło się wiszącymi nisko, mglistymi chmurami ciągnącymi się nieprzerwanie aż po horyzont, a przez poszarzałe wody laguny przeciągały fale deszczu. Zapakowaliśmy sprzęt w nieprzemakalne osłony i zabraliśmy na brzeg w nadziei, że później w ciągu dnia warunki może się poprawią.
Naczelnik wioski, który miał przeprowadzić rytuał, czekał na nas w swoim mbure, wyglądając olśniewająco w ceremonialnym kilcie z liści pandana i szarfach z tkaniny z włókien z kory.
Mimo że padał deszcz, naczelnik chciał wyjść i przyzywać żółwie. Wyjaśniłem, że pogoda jest zbyt zła na filmowanie. Wyglądał na niezmiernie rozczarowanego, więc zaproponowałem, żeby zaprowadził nas na miejsce ceremonii, żebyśmy mogli zdecydować, gdzie ustawić kamery na wypadek, gdyby w ciągu dnia przestało padać. Zgodził się i razem wyszliśmy z domu w mżący deszcz. Naczelnik prowadził nas wzdłuż plaży, a następnie biegnącą stromo ku górze błotnistą ścieżką.
W marszu rozmawialiśmy, ponieważ naczelnik służył w wojsku i znakomicie mówił po angielsku.
— Myślę, że tak czy inaczej przywołam żółwie — rzekł do mnie swobodnym tonem.
— Proszę się nie trudzić — odparłem. — Chcę tylko rzucić okiem na to miejsce.
Mój rozmówca zrobił kilka dalszych kroków.
— Równie dobrze mógłbym je przywołać — powiedział.
— Wolałbym, żeby pan tego nie robił. To byłoby irytujące, gdyby przypłynęły, a my nie moglibyśmy ich sfilmować.
Naczelnik brnął dalej pod górę zboczem wzgórza.
— Cóż, ale mógłbym mimo wszystko je przywołać.
— Niech pan tego nie robi ze względu na nas — prosiłem. — Gdyby tego ranka przypłynęły, mogłyby już nie zawracać sobie głowy powrotem dziś po południu.
Naczelnik się roześmiał.
— Zawsze przypływają — odpowiedział.
Do tego czasu szliśmy już wzdłuż krawędzi wysokiego klifu. Deszcz na moment ustał i na powierzchni morza w dole połyskiwał mdły snop słonecznego światła. Nagle naczelnik wybiegł w przód, stanął nad urwiskiem i zaczął _piewać na całe gardło:
Tui Naikasi, Tui Naikasi
Boże Nathamaki,
Który żyjesz u wybrzeży naszej pięknej wyspy,
Który zjawiasz się na wezwanie ludzi z Nathamaki,
Wypłyń na powierzchnię, wypłyń, wypłyń, wypłyń.
Patrzyliśmy w dół na morze falujące sto pięćdziesiąt metrów pod nami. Nie było słychać żadnego dźwięku oprócz szumu drzew w podmuchach wiatru i odległego plusku fal łamiących się na brzegu daleko pod nami.
Tui Naikasi, wypłyń, wypłyń, wypłyń.
Wtem ujrzałem mały, czerwonawy dysk z płetwami, który wychynął ponad powierzchnię morza.
— Patrz — zawołałem z podnieceniem do Geoffa, wskazując palcem. — Tam jest.
Kiedy wypowiedziałem te słowa, żółw zanurkował i zniknął.
— Nie wolno wskazywać — rzekł naczelnik z dezaprobatą. — To tambu. Jeśli się to zrobi, żółw natychmiast zniknie.
Zawołał ponownie. Czekaliśmy, przepatrując morze. Wtem żółw ponownie wypłynął na powierzchnię. Pozostawał widoczny mniej więcej przez pół godziny, następnie zagarnął wodę przednimi płetwami, zanurkował i zniknął. W ciągu następnego kwadransa osiem razy ujrzeliśmy żółwia wypływającego na powierzchnię. Wydawało mi się, że w leżącej w dole zatoce znajdują się co najmniej trzy osobniki różnej wielkości.
Kiedy wróciliśmy do wioski, zastanawiałem się nad tym, co widzieliśmy. Czy było to aż tak niezwykłe? Jeśli zatoka była akwenem szczególnie atrakcyjnym dla żółwi i zawsze pewna ich liczba pływała w jej wodach, powinniśmy byli i tak je dostrzec, jako że gady muszą wypływać na powierzchnię, by zaczerpnąć oddechu. To by wyjaśniało przyczynę, dla której naczelnik tak chciał je przywołać, gdyż umniejszałoby to wrażenie cudu — mówiąc najłagodniej — gdyby żółwie wypłynęły, mimo że nikt nie wyrzekł nawet jednego słowa.
We wsi mbuli podjął nas wspaniałym obiadem składającym się z kurczaka na zimno, bulw kolokazji jadalnej oraz batatów. Kiedy jedliśmy, siedząc po turecku na pokrytej matami podłodze, wódz opowiedział nam legendę związaną z przywoływaniem żółwi.
Przed wieloma laty, kiedy wyspy Fidżi były jeszcze niezamieszkane, przypłynęli trzej bracia z rodzinami, żeglujący między wyspami w swoich kanu. Kiedy mijali wysepkę Mbau, najmłodszy brat powiedział: Podoba mi się to miejsce. Zamieszkam tam. Zatem wysadzili go wraz z rodziną na brzeg, a dwaj pozostali bracia kontynuowali podróż na wschód, aż dopłynęli do Koro. To piękna wyspa, rzekł Tui Naikasi, najstarszy z braci. Tu będzie mój dom. I wysiadł z łodzi na brzeg razem z rodziną. Ostatni z bra-ci żeglował dalej, aż dotarł do wyspy Taveuni i tam się osiedlił.
Ostatecznie los pobłogosławił Tui Naikasiego licznymi dziećmi i wnukami, a gdy miał on już umierać, wezwał rodzinę i rzekł: Teraz muszę was opuścić; lecz jeśli kiedykolwiek znajdziecie się w kłopocie, wyjdźcie na klif nad plażą, na której pierwszy raz wylądowałem, zawołajcie do mnie, a ja zjawię się w morzu, żeby wam okazać, że nadal nad wami czuwam. Po czym Tui Naikasi umarł, a jego dusza wcieliła się w żółwia. Jego żona zmarła wkrótce potem, a jej dusza przybrała postać białego rekina.
Od tamtego czasu ludzie z Nathamaki przed wyruszeniem w długą podróż, a wojownicy ze wsi przed wyprawą wojenną zbierali się na klifie, żeby ucztować i tańczyć, a wreszcie przyzywać swoich przodków pod postaciami żółwia i rekina, by dali im odwagę przed czekającymi ich próbami.
Spytałem ogromnego mężczyznę, siedzącego obok mnie i pochłaniającego obfite porcje batatów, czy wierzy w tę historię. Zachichotał i potrząsnął przecząco głową.
— Czy często jadacie żółwie mięso? — spytałem, wiedząc, że w większości regionów Fidżi jest ono wysoko cenione jako przysmak.
— Nigdy — odparł. — Dla nas to tambu.
Następnie opowiedział mi o osobliwym zdarzeniu, które miało miejsce zaledwie kilka miesięcy temu. Grupa kobiet ze wsi łowiła w lagunie ryby i przypadkowo złapała w sieci żółwia. Wciągnęły go do kanu, żeby go z nich wyplątać, lecz zanim zdążyły to zrobić, zjawił się ogromny biały rekin i je zaatakował. Kobiety próbowały odpędzić go wiosłami, ale rekin nie dał się odstraszyć i ciągle rzucał się na kanu, aż się przestraszyły, że wywróci łódź do góry dnem. Złapałyśmy Tui Naikasiego, rzekła jedna z kobiet, a rekin, jego żona, nie odpłynie, zanim go nie uwolnimy. Jak najszybciej wyswobodziły żółwia ze zwojów sieci i wrzuciły z powrotem do wody. Żółw natychmiast zanurkował i zniknął, a rekin podążył za nim.
Do czasu zakończenia posiłku pogoda znacznie się poprawiła, postanowiliśmy zatem podjąć próbę sfilmowania ceremonii. Na podstawie tego, co widzieliśmy rano, uznaliśmy, że niezmiernie trudno będzie uzyskać ze szczytu klifu film wyraźnie ukazujący żółwia, więc opłynęliśmy zatokę łodzią i wylądowaliśmy na olbrzymim, czworokątnym, kamiennym bloku, leżącym w wodzie blisko klifu, który — jak nam powiedział wódz — był domem Tui Naikasiego. Po dziesięciu minutach drobna sylwetka naczelnika wioski pojawiła się na szczycie klifu. Pomachał do nas, wspiął się na wysoki man-gowiec i zaczął wołać:
— Tui Naikasi, Tui Naikasi. Wypłyń na powierzchnię. Wypłyń, wypłyń.
— Jeśli żółw przypłynie — szepnął do mnie Geoff — nie podniecaj się, na miłość boską, i nie wskazuj go palcem. Tylko daj mi go sfilmować, zanim zniknie.
— Tui Naikasi. Vunde, vunde, vunde — wołał naczelnik.
Lustrowałem powierzchnię morza przez lornetkę.
— Jest — stwierdził Manu, krzyżując zdecydowanym gestem ramiona na piersi. — Około dwudziestu jardów stąd, trochę w lewo.
— Gdzie? — zapytał udręczonym szeptem Geoff. Pokusa wskazania była niemal nieodparta, wyraźnie widziałem bowiem zwierzę wysuwające łeb z wody, by zaczerpnąć haust powietrza. Wtedy terkot kamery dał mi znać, że Geoff również je zobaczył. Żółw pozostał tam prawie minutę, leniwie unosząc się na wodzie. Następnie woda zawirowała, a żółw zniknął.
— Okay? — wrzasnął naczelnik.
— Vinaka, vinaka — wrzasnęliśmy w odpowiedzi.
— Wołam znowu — krzyknął.
Po pięciu minutach żółw zjawił się ponownie, tak blisko nas, że słyszałem jego wdech, gdy wychynął na powierzchnię. Kiedy mu się przyglądałem, Manu pociągnął mnie za rękaw.
— Spójrz tam — powiedział cicho, wskazując ruchem głowy miejsce w morzu blisko nas. Zaledwie około trzech metrów od głazu, na którym staliśmy, płynął wyraźnie widoczny w przejrzystej wodzie olbrzymi rekin, tnąc powierzchnię morza trójkątną płetwą grzbietową. Geoff szybko obrócił kamerę i sfilmował rybę opływającą głaz. Minęła nas trzy razy. Następnie potężnymi uderzeniami długiego ogona zwiększyła prędkość i odpłynęła ku środkowi zatoki, gdzie ostatnio dostrzegliśmy żółwia. Chociaż już nie widzieliśmy tułowia rekina, mogliśmy śledzić jego kurs według ruchu płetwy grzbietowej. Wreszcie i ona pogrążyła się w wodzie.
Zrobiło to na mnie wielkie wrażenie. Można by było wytresować do przypływania na wezwanie zarówno rekina, jak i żółwia, ale w tym celu trzeba by było nagradzać zwierzęta pokarmem, a jestem pewien, że tego ludzie z Nathamaki nie robili. Czy był to zatem tylko zbieg okoliczności, że zarówno rekin, jak i żółw zjawiały się na wołanie naczelnika? Żeby udzielić na to pytanie stosownej odpowiedzi, musielibyśmy czekać w milczeniu na szczycie klifu codziennie, może przez tydzień, i starannie notować częstość pojawiania się w błękitnych wodach zatoki rekinów oraz żółwi wynurzających się, by zaczerpnąć powietrza. Z tego powodu rzeczywiście bardzo żałowałem, że tego wieczoru musimy opuścić wyspę.

Tu’i Malila był żółwiem lądowym i podobno najstarszym żyjącym zwierzęciem na świecie. Według tradycji tego osobnika oraz samicę otrzymał w darze od kapitana Cooka w roku 1773 lub 1777 tongijski wódz Sioeli Pangia. Później wódz podarował zwierzęta córce Tu’i Tonga’. Po sześćdziesięciu latach samica padła, a Tu’i Malila zamieszkał w wiosce Malila, od której pochodziło jego imię. W końcu żółw został sprowadzony do Nuku’alofa. Jeśli ta historia była prawdziwa, żółw musiał mieć co najmniej sto osiemdziesiąt trzy lata, czyli więcej niż inny słynny żółw sprowadzony w 1766 roku z Seszeli na wyspę Mauritius, gdzie dożył aż do 1918 roku, kiedy spadł ze stanowiska dział nadbrzeżnych. Niestety, Cook nie wspomniał w swoich dziennikach o złożeniu takiego daru, a nawet gdyby rzeczywiście podarował żółwia, nie sposób dowieść, że Tu’i Malila jest tym właśnie zwierzęciem. Możliwe, że został przywieziony na wyspy Tonga później przez jakiś inny statek, gdyż statki często przewoziły żółwie jako gotowe i dogodne źródło świeżego mięsa.
Bez względu na to, jak się sprawy miały, Tu’i Malila był obecnie niezmiernie stary. Jego skorupa była poobijana i powgniatana wskutek serii wypadków, których doznał w ciągu długiego życia — nadepnął na niego koń, ogarnął go pożar buszu i prawie zmiażdżyła go płonąca kłoda, a od wielu lat był całkowicie, ślepy. Utrata wzroku uniemożliwiała mu samodzielne szukanie pokarmu, więc ktoś z pałacu codziennie przynosił mu dojrzałe papaje i gotowane bulwy manioku. Sporą część pracy w pałacowych ogrodach wykonywali więźniowie, a to konkretne zadanie wypełniał rosły i niezmiernie życzliwy morderca.

Pająki przybrały gałęzie niskich, ciernistych krzewów sieciami, na których dolnych krawędziach jakimś cudownym sposobem zawiesiły puste muszle ślimaków, służące jako obciążniki i utrzymujące jedwabiste nitki sieci w stanie naprężenia. Pod jednym z krzaków znaleźliśmy ładnego żółwia, długiego prawie na sześćdziesiąt centymetrów, o kopulastej, czekoladowobrązowej skorupie usianej promienistymi, żółtymi liniami. Jak wiedzieliśmy. wiele plemion otacza te stworzenia czcią. Jeśli człowiek napotka żółwia. kładzie mu na skorupie jakąś skromną ofiarę i idzie dalej swoją drogą. uważa bowiem takie zdarzenie za dobry omen. Jednak spotkanie go nie wpłynęło jakoś szczególnie korzystnie na nasze szczęście, bo przywlekliśmy się z powrotem do obozu zgrzani, wyprażeni słońcem i z pustymi rękami.

Przeciskaliśmy się między skałami, penetrując przy świetle latarek wnętrze jaskiń i wspinając się na klify, żeby rzucić okiem na małe grupy malowideł w wysoko położonych zakamarkach. Znaleźliśmy obrazy waranów, krokodyli, żółwi i kangurów oraz dużego, zgrabnie przedstawionego delfina. Niektóre zostały namalowane w tych częściach klifu, które nawet przy znanej zwinności Aborygenów wydawały się prawie niedostępne.

Tylną ścianę owej naturalnej, otwartej sali pokrywał wspaniały fryz przedstawiający czerwone ryby barramundi. Każdy z tych potworów, namalowanych z łbami pochylonymi ku dołowi, mierzył od stu dwudziestu do stu pięćdziesięciu centymetrów. Podobnie jak oglądane przez nas na Nourlangie Rock, były przedstawione w stylu rentgenogramu, lecz ze staranniejszym zobrazowaniem szczegółów. Kręgosłup, promieniste struktury płetwy ogonowej, płaty wątroby, pasma mięśni wzdłuż grzbietu, gardziel i jelito — to wszystko było odzwierciedlone. Pomiędzy tymi majestatycznymi rybami widniały żółwie o wężowych szyjach, kangury, warany, emu oraz geometryczne wzory. Deseń rozciągał się na długość piętnastu metrów pasmem wysokim na sto osiemdziesiąt centymetrów, namalowanym tak gęsto i w tak wielkiej liczbie obrazów, że łby i ogony poprzednich malowideł wystawały spod późniejszych Z podnieceniem badaliśmy jaskinię, wołając do siebie, gdy znajdowaliśmy coś nowego, inny rodzaj zwierzęcia albo szczególnie wspaniały przykład.

W każdym razie niektóre obrazy muszą sobie liczyć ponad półtora wieku, gdyż Matthew Flinders doniósł o znalezieniu podczas swojej wyprawy badawczej w 1803 roku rysunków żółwi i ryb na Chasm w zatoce Karpentaria.

Pod względem tematyki europejskie malowidła wydają się dość odmienne, przedstawiają bowiem dzikie woły, bizony, jelenie, mamuty i nosorożce. Jednak te stworzenia łączy podobieństwo z rybami barramundi, żółwiami i kangurami w jednej ważnej kwestii — do obu grup należą zwierzęta, na które polowano dla zdobycia żywności.

Byli to członkowie plemienia Gunavidji, którzy rzadko oddalają się od morza. Mężczyźni umieli budować żaglowe czółna, z których polowali na żółwie i łowili bammundi, a kobiety codziennie podczas odpływu szukały na skraju raf skorupiaków i krabów.

Magani powoli i starannie malował kangury, ludzi, ryby i żółwie. Wzory były stylizowane i proste. Przy żadnym z nich nie usiłował przedstawić dokładnego wyglądu zwierzęcia. Było to zbędne, każdy bowiem wiedział, jak wygląda kangur lub człowiek.

Co do jednej rzeczy nie można mieć większych wątpliwości — Europejczycy z epoki kamienia i dawni australijscy Aborygeni dzielili niegdyś podobny poziom zaawansowania technologicznego. Oba ludy zaliczały się do wędrownych myśliwych — jeden tropił kangury i żółwie, a drugi dzikie bawoły i mamuty. Żaden z nich nie posiadł jeszcze sekretów udomawiania zwierząt i uprawiania roślin, które umożliwiłyby im prowadzenie życia osiadłego w jednym miejscu. Być może to podobieństwo trybów życia dało początek analogicznym wierzeniom religijnym i wyjaśnia zbieżności widoczne w malarstwie obu ludów.

Autor: XYuriTT

Przygody młodego przyrodnika

Tytuł: Przygody młodego przyrodnika
Tytuł oryginału: Adventures of a Young Naturalist
Autor(zy): David Attenborough
Tłumaczenie: Adam Tuz
Rok wydania: 2017 (ENG), 2018 (PL)
Wydawnictwo: Two Roads (ENG), Prószyński i S-ka (PL)

Dlaczego w bazie: Książka wspominkowa z pierwszych wypraw przyrodniczych autora. Sporo w niej żółwich elementów, aż dziesięć, czasem krótszych, czasem dłuższych fragmentów znaleźliśmy i prezentujemy je poniżej:

Kolekcja zwierząt powoli rosła i gdy po dwóch tygodniach na sawannie lecieliśmy z powrotem do Georgetown, wieźliśmy ze sobą nie tylko naszego kajmana w ogromnej, specjalnie dopasowanej do jego rozmiarów drewnianej skrzyni, lecz także mrówkojada wielkiego, małą anakondę, kilka słodkowodnych żółwi, małpki kapucynki, papużki oraz ary. Wydawało się to całkiem niezłym początkiem. 1

Zanim dotarliśmy do Pipilipai, wsi w górnym biegu rzeki, mieliśmy już nabyte drogą handlu wymiennego ary, ptaki z rodziny tanagrowatych, małpy i żółwie, a także kilka niezwykłych, jaskrawo ubarwionych papug. 2

Przez pierwsze pół godziny Houdini zachowywał się idealnie; czubacz, przywiązany kawałkiem sznurka okręconym wokół łapy, przysiadł spokojnie na plandece okrywającej nasz sprzęt; żółwie wałęsały się po dnie łodzi, papugi i ary przyjaźnie powrzaskiwały nam do uszu, a małpki kapucynki zasiadły razem w dużej, drewnianej klatce, zajęte czułym wzajemnym przeglądem sierści. 3

Mężczyźni i kobiety leżeli w hamakach rozpiętych między belkami; inni przycupnęli na drewnianych stołeczkach, wyrzeźbionych w stylizowaną formę skorupy żółwia. 4

Pomiędzy pawilonami leżało sześć żywych żółwi z przednimi płetwami okrutnie przebitymi i związanymi rzemieniem z trzciny ratanowej. Zwierzęta pospuszczały na ziemię obleczone suchą skórą łby, mrugały powoli powiekami znużonych, szklistych oczu, roniąc obfite łzy, podczas gdy roześmiany, rozgadany tłum przemykał obok nich. Tego wieczoru miały zostać zarżnięte. Następnego dnia Mas przyprowadził nas tam ponownie. Posiadłość była jeszcze szczelniej zatłoczona ludźmi niż poprzedniego wieczoru. Wszyscy mieli na sobie odświętne stroje: mężczyźni — sarongi, tuniki i turbany, a kobiety — obcisłe bluzki i długie spódnice. Książę, pan domu, siedział ze skrzyżowanymi nogami na małym podwyższeniu w towarzystwie co ważniejszych gości — gawędzili, popijali kawę z małych filiżanek i zajadali kawałki żółwiego mięsa, nadziane na bambusowe patyki. 5

Wymieniliśmy zwierzęta, jakie mieliśmy nadzieję ujrzeć: nandu szare, kapibary, żółwie, pancerniki, wiskacze, siewki oraz pójdźki ziemne.6

Pierwszego lokatora łazienki znalazłem, gdy pewnego dnia przemierzałem konno równinę krótko po potężnej ulewie. Wybiegi były przesiąknięte wodą i w zagłębieniach gruntu utworzyły się szerokie, płytkie sadzawki. Kiedy przejeżdżałem obok jednej z nich, zauważyłem nad powierzchnią wody drobny, podobny do żabiego pysk, którego właściciel przyglądał mi się z powagą. Kiedy zsiadłem z konia, pysk zniknął w mulistym wirze. Przywiązałem wierzchowca do płotu i usiadłem, żeby zaczekać. Wkrótce pysk wychynął znowu przy dalszym brzegu sadzawki Ruszyłem naokoło bajorka w jego kierunku i szybko znalazłem się dostatecznie blisko, by dojrzeć, że czymkolwiek to dociekliwe stworzonko mogło być, to z pewnością nie było żabą. Ponownie zniknęło i odpłynęło pod powierzchnią, wzburzając za sobą mętny ślad, który urwał się, gdy zwierzę się zatrzymało. Zanurzyłem rękę w wodzie i wyjąłem małego żółwia.
Miał piękne, czarno-białe wzory na spodniej stronie pancerza i szyję tak długą, że nie mógł jej wyprostowanej wciągnąć do wnętrza jak żółw lądowy, tylko musiał zgiąć ją na bok. Był to przedstawiciel podrzędu żółwi boko-szyjnych, czyli stworzenie niezbyt rzadkie, ale zajmujące. Byłem całkowicie pewien, że zdołamy znaleźć w samolocie miejsce dla zwierzęcia tak niewielkiego i atrakcyjnego, nawet gdyby musiało podróżować w mojej kieszeni. Napełniona do połowy wanna z paroma umieszczonymi w głębszym końcu kamieniami, na które gad mógłby się wspinać, gdy mu się znudzi pływanie, stanowiła dlań doskonałe siedlisko.
Dwa dni później w jednym ze strumieni znaleźliśmy mu partnera. Kiedy oba żółwie spoczywały bez ruchu na dnie wanny, wystawiały na pokaz dwa jaskrawe, czarno-białe, mięsiste fałdy zwisające im spod brody niczym żaboty prawników. Być może te dziwaczne dodatki, którymi właściciel może poruszać, jeśli tylko zechce, służą jako wabiki przyciągające małe rybki śmiertelnie blisko paszczy żółwia leżącego niby kamień na dnie sadzawki. Jednak nasze żółwie nie musiały ich używać, bo co wieczór podawaliśmy im szczypcami wyproszone w kuchni surowe mięso. Jadły z zapałem, wyrzucając szyje do przodu i chwytając w paszcze kawałki mięsa. Kiedy tylko kończyły posiłek, wyjmowaliśmy je z wody i pozwalaliśmy im wędrować po wyłożonej kafelkami podłodze, podczas gdy sami korzystaliśmy z wanny w bardziej konwencjonalny sposób. 7

Napełniłem umywalkę do połowy wodą i przeniosłem do niej żółwie.8

Pobyt w W. Caabó trwał krótko. Dwa tygodnie po naszym przylocie firmowy samolot wrócił, żeby zabrać nas z powrotem do Asunción. Było w komfortowe i fascynujące interludium, więc żałowaliśmy, że musimy już wyjeżdżać. Zabraliśmy ze sobą pancerniki, żółwie, małego oswojonego lisa podarowanego nam przez jednego z peonów, a także niezapomniane wspomnienia oraz film o garncarzach, pójdźkach ziemnych, siewkach, nandum wiskaczach i zapewne najbardziej pamiętnych bohaterach — gigantycznym stadzie kapibar. 9

Zachwycony urzędnik odczytał ją na głos. Kiedy doszedł do pancerników, zmarszczył brwi i sięgnął po opasły tom z przepisami. Po dość znacznym czasie spędzonym na studiowaniu indeksu podniósł na nas wzrok.
— Czy mogę wiedzieć, co to za zwierzęta?
— Pancerniki. To naprawdę dość urocze, małe stworzenia z twardymi skorupami ochronnymi.
— Ach, żółwie.
— Nie. Pancerniki.
— Może to jakiś rodzaj homarów?
— Nie, to nie homary — odparłem cierpliwie. — To pancerniki.
— Jak brzmi ich nazwa po hiszpańsku?
— Armadillo
— A w guarani?
— Tatu.
— A po angielsku?
— To dosyć dziwne — odpowiedziałem żartobliwie — ale też armadillo. 10


1. After several days at Karanambo, we returned to Lethem. Slowly the animal collection grew and when, after two weeks on the savannahs, we flew back to Georgetown, we took with us not only our caiman, lying in a huge tailor-made wooden crate, but a giant anteater, a small anaconda, some fresh water turtles, capuchin monkeys, parakeets and macaws. It seemed a reasonable beginning.


2. By the time we were nearing Pipilipai, the village at the head of the river, we had bartered beads for macaws, tanagers, monkeys and tortoises as well as several unusual and brightly colored parrots.


3. Houdini behaved perfectly for the first half-hour; the curassow, tethered by a piece of string round its ankle, perched peacefully on the tarpaulin covering our equipment; tortoises rambled about the bottom of the canoe, parrots and macaws screeched amicably in our ears, and the capuchin monkeys sat together in a large wooden cage, affectionately examining one another’s fur.


4. Men and women lay in hammocks, crisscrossing from beam to beam; others squatted on small wooden stools carved in the stylized form of a tortoise.


5. Between the pavilions lay six turtles still alive, their fore-flippers cruelly pierced and tied with a thong of rattan cane, their dry leathery heads sunk to the ground. They blinked slowly, their weary glazed eyes weeping copiously as the laughing, chattering crowd swept round them. They would be slaughtered that evening.
The next day Mas took us back to the house. The courtyard was even more tightly packed with people than it had been on the preceding night. All were wearing their best clothes, the men in sarongs, tunics and turbans, the women in tight blouses and long skirts. The prince, the head of the household, sat cross-legged on a small platform chattering to the more important guests, drinking small cups of coffee and eating gobbets of turtle meat spitted on bamboo sticks.


6. We told him what animals we hoped to see—rheas, capybara, turtles, armadillos, viscachas, plovers and burrowing owls.


7. I found the first lodger for the bathroom one day when I was out riding on the camp shortly after a heavy rainstorm. The paddocks were waterlogged and in the hollows, wide shallow pools had formed. As I rode past one of them, I noticed a small frog-like face peering above the surface of the water, gravely inspecting me. As I dismounted, the face disappeared in a muddy swirl. I tied my horse to the fence and sat down to wait. Soon the face appeared again from the farther edge of the pool. I walked round toward it and was soon close enough to see that whatever else this inquisitive little creature might be, it was not a frog. Again it vanished and swam away beneath the surface, stirring up a cloudy line as it went. The trail stopped as the animal settled. I put my hand into the water and brought up a small turtle.
He had a beautifully marked underside, patterned in black and white, and a neck so long that he was unable to retract it straight inward like a tortoise, but had had to fold it sideways. He was a side-necked turtle—not a rare creature, but an engaging one, and I was quite sure that we could find room in the airplane for one so small and attractive, even if he had to travel in my pocket. The bath, half-filled, with a few boulders in the deep end on which he could climb when he was bored with swimming, made him an excellent home.
Two days later, in one of the streams, we found him a mate. As the pair of them lay motionless on the bottom of the bath, each displayed two brilliant black and white fleshy tabs which hung down from beneath their chins like lawyers’ bands. It may be that odd appendages, which their owner can move about if it wishes to do so, serve as lures to attract small fish fatally close to the turtle’s mouth as it lies unobtrusive and stone-like on the bottom of the pond. But our turtles had no need to use
them, for each evening we begged some raw meat from the kitchen and offered it to them with a pair of forceps. They fed eagerly, shooting their necks forward to engulf the meat in their mouths. As soon as they had finished their meal, we took them out of the water and let them wander around on the tiled floor while we used the bath for its more conventional purpose.


8. I half-filled the hand basin and transferred the turtles to it.


9. Our stay at Ita Caabo was only a short one. Two weeks after we had arrived, the company’s plane returned to take us back to Asunción. It had been a comfortable and fascinating interlude and we were sorry to go. We took back with us the mulitas, the turtles, a little tame fox given us by one of the peones, and unforgettable memories and film of ovenbirds and burrowing owls, plovers and rheas, viscachas and, perhaps most memorable of all, the giant herd of capybara.


10. He read it through out loud, in a wondering tone of voice. When he came to the armadillos, his brow furrowed and he reached down a bulky manual of regulations. After studying the index for some considerable time, he looked up at us.
“What are these animals, please?”
“Armadillos. They are rather charming little creatures, actually, with hard protective shells.”
“Oh, tortoises.”
“No. Armadillos.”
“Maybe they are a kind of lobster.”
“No, they are not lobsters,” I said patiently. “They are armadillos.”
“What is their name in Spanish?”
“Armadillo.”
“In Guarani?”
“Tatu.”
“And in English?”
“Strangely enough,” I said jocularly, “armadillo.”


Autor: XYuriTT

Na ścieżkach życia

Tytuł: Na ścieżkach życia
Tytuł oryginału: The Trials of Life
Autor(zy): David Attenborough
Tłumaczenie: Mieczysław Godyń, Maciej Tomal
Rok wydania: 1990
Wydawnictwo: Collins

Dlaczego w bazie: W książce tej (która jest dodatkiem do serii telewizyjnej którą mamy opisaną w bazie) znaleźliśmy trzy żółwie kawałki.

Pierwszy dotyczy żółwi norowych i tego, jakie znaczenie dla lokalnych zwierząt mają jego nory.

Gady również kopią tunele. Żółw norowy, żyjący na południowozachodnich pustynnych obszarach Stanów Zjednoczonych, chroni się pod ziemią w godzinach największego upału. W tym celu powolnymi, niezgrabnymi ruchami swych uzbrojonych w pazury przednich łap rozgrzebuje spaloną słońcem glebę. Często się zdarza, że takie tunele osiągają długość ponad dwunastu metrów, co zważywszy na iście żółwie tempo ich powstawania każe przypuszczać, że stanowią one dzieło wielu pokoleń i liczą sobie po kilkaset lat.
Znakomitymi kopaczami są także drobne ssaki. Kanguroszczury i postrzałki -podobnie jak żółwie-używają swych nor jako ukrycia przed palącym słońcem; hieny i wilki – jako schronienia dla młodych; borsuki i pancerniki -jako sypialni, w których drzemią w czasie dnia po nocnych łowach; myszy i króliki 8 jako azylu, w którym są niedostępne dla większości swych wrogów.1

Drugi fragment także dotyczy żółwi norowych, i tego, że nie wszystkie zwierzęta które wykorzystują jego nory, umieją okazać należytą wdzięczność.

„Dzicy” lokatorzy często zajmują także tunele, które wykopuje amerykański żółw norowy. W chłodnych wnętrzach tych tuneli chronią się przed upałem węże. Wprowadzają się do nich również niektóre sowy, mimo że wykopywanie w ziemi nor nie sprawia tym ptakom większych trudności. Siedzą potem u wej¬ścia, jakby tunel był ich własnością i patrzą obrażone, gdy prawowity właściciel ociężale wkracza do środka.2

Ostatni fragment dotyczy symbiozy w jakiej żyją żółwie z Galapagos z Ziębami.

Żyjącym na wyspach Galapagos żółwiom słoniowym towarzyszą zazwyczaj zięby Darwina. Opadają one na ziemię tuż przed żółwiem, po czym groteskowo podrygują. Jeżeli żółw pragnie odbyć toaletę, sygnalizuje to unosząc szyję i prostując nogi, tak że piasek osypuje się z jego potężnej skorupy. Odsłania w ten sposób – na tyle, na ile to możliwe – ukjryte zazwyczaj zakamarki swego ciała. W tych zakamarkach znajduje się czasem coś wyjątkowo dokuczliwego. Zięby natychmiast podfruwąją do żółwia, a następnie wspinają się na jego uda i rozpoczynają przegląd karku. Podczas tej operacji żółw stoi prawie nieruchomo z wyrazem niezwykłej cierpliwości, przypominając w tym człowieka, któremu fryzjer obcina właśnie włosy.3


1. Reptiles also make tunnels. The gopher tortoise that lives in the southwestern deserts of the United States needs one as a shelter in which to escape the worst of the mid-day heat and it digs into the sun-baked ground with slow ponderous sweeps of its armoured fore-legs. These tortoise holes are often so long — up to forty feet — that judging from the tortoise’s slow rate of excavation they must have been made by several generations and are probably several centuries old.
Small mammals too are great diggers. Kangaroo rats and spring-hares use their holes, as the tortoise does, to shelter from the heat; hyaenas and wolves as nurseries; badgers and armadillos as dormitories in which to slumber during the day after foraging at night; and mice and rabbits as sanctuaries where they are beyond the reach of most of their enemies.


2. The tunnels dug by American gopher tortoises are also commandeered by squatters. Snakes slither in to cool off in their shade when the sun gets too hot. Burrowing owls, rather than burrowing for themselves, move in too, sitting in a proprietorial way beside the entrance and glaring in outrage when the rightful owner lumbers in.


3. In the Galapagos, finches attend to giant tortoises. They alight in front of one of them and hop up and down in an exaggerated fashion. If the tortoise feels the need to be cleaned, it signals its acceptance by craning its neck upwards and stiffening its legs so that its huge shell is lifted clear from the ground. In this position, all the more intimate parts of its skin where something unpleasant and irritating may have lodged are as fully exposed as they can be. Immediately, the finch flies on to the tortoise, inspecting its neck and climbing up its thighs while the tortoise stands quite motionless with that air of frozen patience adopted by a man having his hair cut.


Autor: XYuriTT

Życie na ziemi

Tytuł: Życie na ziemi
Tytuł oryginału: Life on Earth
Autor(zy): David Attenborough
Tłumaczenie: Ewa Pankiewiczt
Rok wydania: 1979
Wydawnictwo: Little, Brown, and Company

Dlaczego w bazie: Żółwie elementy pojawiają się w siedmiu kawałkach. Każdy omawiamy poniżej (chwilowo po angielsku, jak będziemy mogli, dodamy polską wersję, bo książka wyszła po polsku…). W bazie mamy także serie telewizyjną o takim samym tytule, której książka ta jest elementem.

Pierwszy kawałek opowiada o wyspach Galapagos i tamtejszych żółwiach, wraz z obowiązkową wzmianką, jak to vice-gubernator naprowadził Darwina na właściwy trop z TE.

Here on the islands, where there was little vegetation, one species fed on seaweed and clung to rocks among the surging waves with unusually long and powerful claws. There were tortoises, very similar to the mainland forms except that these were many times bigger, giants that a man could ride. The British Vice-Governor of the Galapagos told Darwin that even within the archipelago, there was variety: the tortoises on each island were slightly different, so that it was possible to tell which island they came from. Those that lived on relatively well watered islands where there was ground vegetation to be cropped, had a gently curving front edge to their shells just above the neck. But those that came from arid islands and had to crane their necks in order to reach branches of cactus or leaves of trees, had much longer necks and a high peak to the front of their shells that enabled them to stretch their necks almost vertically upwards.

Kolejny kawałek to proste wyjaśnienie jak działają losowe mutacje/zmiany oraz dobór naturalny.

Put briefly, his argument was this. All individuals of the same species are not identical. In one clutch of eggs from, for example, a giant tortoise, there will be some hatchlings which, because of their genetic constitution, will develop slightly longer necks than others. In times of drought they will be able to reach leaves and so survive. Their brothers and sisters, with shorter necks, will starve and die. So those best fitted to their surroundings will be selected and be able to transmit their characteristics to their offspring. After a great number of generations, tortoises on the arid islands will have longer necks than those on the watered islands – one species will have given rise to another.

Następny kawałek zwraca uwagę, że wciąż są na galapagos miejsca gdzie ogromne żółwie sobie drteptają i żywią kaktusami można poczuć się jak przed 200 milionami lat.

We have since introduced many other mammals, but even now there are small remote islands in the group where the rocks are still covered with herds of lizards, where giant tortoises lumber through the cactus and where you feel, as you land, that you have stepped back 200 million years to a time when such creatures dominated the planet.

Kolejna wzmianka dotyczy faktu, że z czasów dinozaurów,z gadów, przetrwały korkodyle, jaszczurki oraz żółwie, które są w stanie korzystać skutecznie z wody i w ten sposób mogły przetrwać, podczas gdy dinozaury nie.

Water retains its heat much longer than air, so the effects of decades-long winter are much reduced. It may also be that some species escaped by swimming to warmer latitudes. Significantly, the three main types of reptile that survive today from the time of the dinosaurs – the crocodiles, the lizards and the tortoises and turtles – are able to take advantage of one or other of these expedients.

Kolejny kawałek przybliża ewolucję żółwi i ich skorupy:

The tortoises have an ancestry just as ancient as the crocodiles. Very early in their history, they invested in defence. The crocodiles had strengthened their skin with small ossicles beneath the scutes of their backs. The tortoises took even more extreme measures, enlarging the scales into horny plates. They also reinforced them from below by expanding and flattening their ribs to create a continuous bony shield just beneath the skin. As a result, their bodies became enclosed within a virtually impregnable box into which they could withdraw their head and limbs when danger threatened. But this had serious consequences. Many reptiles and indeed mammals like ourselves draw air into our lungs by expanding our chests. Lifting our ribs enables us to do this. But the tortoises with their ribs flattened and joined together cannot do so. Instead, they have had to develop another method. They use a unique kind of muscular sling that creates an internal diaphragm which inflates and deflates the lungs. It may not be quite as efficient a way of breathing, but the tortoises now have by far the most effective armour developed by any vertebrate. It has certainly served the tortoises well, for they have remained virtually unchanged from that day to this.
The one major variation on the basic pattern arose very early in their history. One group took to the water and became the turtles. It was a logical move for a creature with heavy bulky armour that made movement on land laborious and energy-consuming, but one of their newly acquired reptilian talents prevented them from becoming totally at home there. The shelled egg that had enabled their ancestors to become independent of water was useless in it. In water, the young would drown within their shells. So the female turtle, every breeding season, has to forsake the open ocean, swim to coastal waters and then, one night, haul herself with great labour up a sandy beach, excavate a hole and lay eggs, just as her land-living relations do.
The third group of reptilian survivors, the lizards, are now very much more numerous than either the crocodiles or the tortoises and turtles. They have also changed to a much greater degree from their ancestral pattern.

Ostatni interesujący nas fragment opowiada o rysunkach zwierząt, w tym oczywiście żółwi.

Elsewhere in the world it is still possible to discover just what purposes rock painting can have to a hunting people. In Australia, the Aboriginal people still draw designs on rock that are, in many ways, very similar to the prehistoric designs of Europe. They are painted on cliffs and rock shelters, often in parts that are extremely difficult to reach; they are executed in mineral ochres; they are superimposed one on top of another; they include abstract geometrical designs and stencilled handprints; and very often, they represent creatures on which the Aborigines rely for food – barramundi fish, turtles, lizards and kangaroo.


Autor: XYuriTT

Żyjąca Planeta

Tytuł: Żyjąca Planeta
Tytuł oryginału: The Living Planet
Autor(zy): David Attenborough
Tłumaczenie: Ewa Pankiewicz
Rok wydania: 1984 (ENG), 1997 (PL)
Wydawnictwo: William Collins Sons & Co. Ltd.

Dlaczego w bazie: Baaardzo żółwia pozycja, przytaczamy siedem fragmentów, z czego dwa są dosyć potężne. Ponadto pokazujemy trzy żółwie zdjęcia jakie w środku można znaleźć a także zdjęcie autora, Davida Attenborough z żółwiem skórzastym. Wersja mała pochodzi z wydania w miękkiej okładce, wersja duża zaś z obwoluty wydania w twardej okładce. Mamy w bazie także telewizyjną serię przyrodniczą o takim samym tytule, której książka jest częścia.

W normalnych okolicznościach częste i szybko przemieszczające się pożary nie sprawiają zwierzętom specjalnego kłopotu. Ptaki mogą odlecieć. Zwierzęta żyjące na ziemi, takie jak grzechotniki i żółwie norowe, na kilka minut trwania pożaru chronią się w norach, w których zazwyczaj chowają się w południe przed trudnym do zniesienia upałem.1

Żółwie, gdy ogrzeją się naprawdę mocno – powyżej czterdziestu i pół stopnia Celsjusza – wydzielają dużo śliny, którą zwilżają głowę i szyję. Cz. ii posuwają się nawet dalej i obficie uwalniają płyn nagromadzony w pęcherzach analnych uchodzących do kloaki.2

Ryby żyjące w rzekach atakowane są także przez innych myśliwych. Czychają na nie żółwie leżące na dnie. Nie są one szybkimi pływakami, lecz łapią ryby wykorzystując element zaskoczenia. Matamata – żółw z południowej maskuje się za pomocą frędzli skórnych, zwisających z fałd na głowie i pod, pancerz również jest nierówny, a często jeszcze porośnięty „kożuchem” z glonów. Zwierzę, które zgodnie ze swym zwyczajem leży na dnie pomiędzy gnijącymi liśćmi, staje się praktycznie niewidoczne. Gdy w jego zasięgu zabłąka się jakaś ryba, żółw nagle rozdziawia paszczę i pochłania ofiarę.
Żółw sępi, jeden z największych żółwi słodkowodnych, który dochodzi do siedemdziesięciu pięciu centymetrów długości, wykazuje większą aktywność w łowieniu ryb. Na jego języku znajduje się długi wyrostek robakowatego kształtu, który służy do wabienia ryb. Żółw sępi spoczywa na dnie z rozwartymi szczękami i co jakiś czas wprawia w ruch swą małą czerwoną przynętę. Gdy zjawi się ryba, żółw po prostu zamyka pysk i połyka zdobycz.3

Jedynie nieliczne stworzenia morskie mogą zapuścić się powyżej granicy największego przypływu i przeżyć. Morskie żółwie zmuszone są do tego przez swój rodowód, pochodzą bowiem od lądowych żółwi oddychających powietrzem. W ciągu tysiącleci stały się wspaniałymi pływakami, zdolnymi do długiego nurkowania. Dzięki kończynom, które przekształciły się w długie i szerokie płetwy, mogą nurkować z dużą szybkością. Ale ich młode (podobnie jak potomstwo innych gadów) wy kłuwają się z jaj złożonych na brzegu. Rozwijające się zarodki żółwi do oddychania potrzebują tlenu w postaci gazu. Inaczej mogłyby się udisić i zginąć. Po kopulacji, która odbywa się w morzu, dorosłe samice żółwi opuszczają więc przyjazne wody oceanu i wychodzą na suchy ląd.
Żółwie oliwkowe, jedne z najmniejszych żółwi morskich, mierzące średnio sześćdziesiąt centymetrów długości, rozmnażają się w ogromnych skupiskach. Z pewnością jest to jeden z najbardziej zdumiewających widoków, jakie można zobaczyć, obserwując świat zwierząt. Wszystko odbywa się na jednej bądź dwóch odosobnionych plażach Meksyku i Kostaryki w ciągu kilku nocy między sierpniem a listopadem – dokładny termin trudno przewidzieć. Na plażę wychodzą z wody setki tysięcy żółwi. Żółwie te mają płuca, zaś skóra, którą otrzymały w spadku po przodkach, nie przepuszcza wody. Nie grozi im więc ani uduszenie, ani wyschnięcie. Jednakże ich płetwiaste łapy nie są przystosowane do wędrówki po lądzie. Mimo to nic nie jest w stanie ich zatrzymać. Posuwają się uparcie do przodu, aż w końcu docierają do krańca plaży, tuż przy granicy roślinności. Tam zaczynają kopać dołki na gniazda. Cała powierzchnia pokryta jest ich ciałami; leżą jeden na drugim próbując znaleźć jakieś odpowiednie miejsce. Rozgarniając łapami piasek, przysypują się wzajemnie i klepią po pancerzach. Każda samica składa w wykopanym przez siebie dołku około setki jaj, po czym ostrożnie je przykrywa i wraca do morza. Składanie jaj trwa przez trzy lub cztery noce z rzędu. W tym czasie jedną taką plażę może odwiedzić sto tysięcy żółwi oliwkowych. Po czterdziestu ośmiu dniach z jaj wylęgają się młode. Zanim to jednak nastąpi, może się zdarzyć, że ląd zalany zostanie przez drugą armię żółwi. I znów cała plaża pokrywa się pełznącymi gadami. Nowi przybysze robiąc własne dołki, nieumyślnie wykopują wiele jaj poprzedników. Dużo złożonych wcześniej jaj zostaje też zniszczonych i plaża zasłana jest ich pergaminowymi skorupkami oraz rozkładającymi się embrionami. Tylko z jednego jaja na pięćset złożonych wylęgnie się mały żółw. Reszta – zginie.
Czynniki sterujące tym masowym składaniem jaj ciągle jeszcze nie zostały dokładnie wyjaśnione. Możliwe, że wszystkie żółwie przybywają na te akurat plaże z tego prostego powodu, że właśnie w tym kierunku wiodły je prądy morskie. Możliwe jest i to, że masowe składanie jaj przez tysiące osobników w tym samym czasie jest korzystne. Gdyby bowiem wizyty żółwi na plaży odbywały się przez cały rok, mogłoby to przyciągnąć drapieżniki, takie jak kraby, węże, iguany i sępy. Kiedy natomiast wszystko odbywa się w ciągu kilku nocy, a przez większą część roku plaża nie oferuje drapieżnikom żadnych atrakcji, wtedy niewielu z nich przebywa na tej plaży w czasie, gdy zjawiają się tu żółwie. Jeśli taka jest przyczyna, to najwyraźniej przynosi ona właściwy skutek, gdyż żółwie oliwkowe są jednymi z najliczniej występujących żółwi na Pacyfiku i Atlantyku, podczas gdy liczebność innych gatunków żółwi maleje, a niektórym zagraża wyginięcie.
Największym z nich jest żółw skórzasty, który może osiągnąć ponad dwa metry długości i sześćset kilogramów wagi. Od innych żółwi różni się tym, że jego pancerz nie ma płytek rogowych, lecz tworzy go prążkowana, skórzasta, niemal elastyczna powłoka. Żółw skórzasty jest oceanicznym samotnikiem. Pojedyncze osobniki pojawiają się we wszystkich morzach tropikalnych; łapano je na południu u wybrzeży Argentyny, a na północy aż u wybrzeży Norwegii. Jeszcze dwadzieścia pięć lat temu nie było wiadomo, gdzie znajdują się główne plaże lęgowe tych zwierząt. Później odkiyto dwa takie miejsca – jedno na wschodnim wybrzeżu Malezji, a drugie – w Surinamie w Ameryce Południowej. W obu tych miejscach gniazduje jednocześnie kilka tuzinów osobników, a sezon rozrodczy trwa trzy miesiące.
Samice zwykle wychodzą na plaże nocą, gdy wzejdzie księżyc i jest wysoki przypływ. W przybrzeżnych falach, połyskując w świetle księżyca, pojawi i się ciemny garb. Uderzając wielkimi płetwiastymi kończynami, samica dźwiga w górę swe ciało, wyciągając je na mokiy piasek plaży. Co kilka minut zatrzymuje się i odpoczywa. Jej wdrapywanie się na wysokość, ku której zmierza, może trwać godzinę lub nawet dłużej. Gniazdo musi bowiem leżeć poza zasięgiem fal, ale piasek winien być wystarczająco wilgotny, żeby był zbity i nie zapadał się w czasie kopania dołu. Nim samica znajdzie właściwe miejsce, kilka razy kopie „na próbę”. Potem z dużą stanowczością zaczyna przednimi łapami wykopywać szeroki dół, odrzucając piasek za siebie. Po kilku minutach pracy dół jest wystarczająco głęboki. Możliwie najdelikatniejszymi ruchami szerokich tylnych kończyn samica wydłubuje w dnie wąskie wgłębienie. W czasie tej pracy pozostaje kompletnie głucha na dochodzące dźwięki i nawet ludzki glos nie może jej przeszkodzić. Gdyby jednak człowiek skierował na nią światło latarki w momencie wychodzenia na plażę, mogłaby zawrócić do morza nie złożywszy jaj. Ale w czasie kopania dołu nawet najostrzejsze światło już nie powstrzyma jej od złożenia jaj. Samica składa je bardzo szybko. Tylnymi kończynami ściska kloakę z obu stron i w ten sposób kieruje jaja do dołów. W czasie tej czynności samica ciężko wzdycha i stęka. Z jej ogromnych błyszczących oczu sączy się śluz. Nim upłynie pół godziny, wszystkie jaja zostają złożone, a samica napełnia dół piaskiem i ostrożnie go ugniata. Potem rzadko wraca wprost do morza. Często udaje się w inne miejsce plaży i tam kopie chaotycznie, jakby chciała zmylić trop. I rzeczywiście – zanim żółwica wróci do wody, powierzchnia plaży zostanie tak zryta, że niemożliwe jest zlokalizowanie miejsca, w którym leżą jaja.
Jednak ludzie nie muszą się tego domyślać. W Malezji i Surinamie w czasie składania jaj tubylcy przez całe noce przeczesują plaże i zbierają jaja, często zanim jeszcze samica przykryje dół piaskiem. Niektóre jaja skupują lokalne agencje rządowe, aby umieścić je w sztucznych wylęgarniach. Jednak prawie cała reszta zostaje sprzedana na miejscowych targach i zjedzona.
Być może nie odkryto jeszcze wszystkich miejsc lęgowych żółwia skórzastego. Może niektóre żółwie podczas morskich wędrówek przez ocean dotarły na odosobnione bezludne wyspy, z dala od miejsc odwiedzanych przez człowieka, gdzie mogą się spokojnie rozmnażać. Żółwie nie są jedynymi stworzeniami podejmującymi dalekie wyprawy. W czasie swego dorosłego życia osobniki zamieszkujące wybrzeża nie mogą opuścić płytkich wód, ale we wcześniejszych stadiach rozwoju odbywają dalekie podróże, unoszone przez wodę podobnie jak nasiona, larwy, jaja i narybek. Dla nich wszystkich wyspa może być nie tylko jeszcze jednym domem, gdzie między wieloma mieszkańcami istnieje duża konkurencja, ale rezerwatem dającym swobodę rozwoju aż do całkiem nowych form.4

Obok dodo i drontów samotników na wyspach Mauritius, Reunion i Rodriguez żyły olbrzymie żółwie. Osiągały długość metra i wagę ponad dwustu kilogramów. Inne gatunki żółwi żyły na Komorach i na Madagaskarze. Żeglarze cenili je nawet bardziej niż dodo, bo tygodniami mogły żyć pod pokładem statku, stanowiąc żywy magazyn świeżego mięsa. Rzecz jasna, te gigantyczne żółwie spotkał ten sam los co dodo i samotniki. Pod koniec XIX wieku wszystkie wielkie żółwie na Oceanie Indyjskim zostały wyniszczone. Przeżyły tylko żółwie olbrzymie z Aldabry. Żyjąc z dala od głównych szlaków żeglugowych były tak odizolowane, że nawet ich dogodnie „opakowane” świeże mięso nie budziło w kapitanach pokusy, by zbaczać po nie z kursu. Dziś na wyspie żyje jeszcze około stu pięćdziesięciu tysięcy tych żółwi.
Wydaje się niewątpliwe, że zarówno te zwierzęta, jak i ich wymarli krewni na inn wyspach, to potomkowie żółwi normalnej wielkości żyjących na kontynencie, które wiele wiele tysięcy lat temu odbyły podróż na kępkach roślin, lądując na Madagaskarze. Jest też możliwe, że kiedyś powstała jakaś gigantyczna forma, która rozprzestrzeniła się na inne wyspy, wykorzystając w tej podróży jedynie wyporność własnego ciała.
podróż mogła się rozpocząć, gdy żółw żerujący wśród drzew mangrowych na morza został przypadkowo porwany przez falę przypływu. W przeszłości obserwowano żółwie-olbrzymy unoszące się na falach z dala od lądu. Prawdopodobnie mogą one przeżyć na morzu wiele dni. Od Madagaskaru w kierunku Aldabry płynie prąd oceaniczny, dzięki któremu żółw mógł odbyć tę trasę w ciągu dziesięciu dni.
Nie wiadomo dlaczego żółwie tworzące izolowane populacje na wyspach urosły do tak gigantycznych rozmiarów. Być może wielkiemu zwierzęciu z dużym zapasem tłuszczu łatwiej przetrwać gorszy okres niż stworzeniu o niewielkich rozmiarach. Możliwe też, że przyczyna jest prostsza. Jeśli wokół nie ma drapieżników i żadnych zwierząt konkurujących o pokarm, to stworzenia z natury długowieczne być może są w stanie osiągać większe rozmiary.
Żółwie żyjące na wyspach nie tylko osiągnęły ogromne rozmiary ciała. Zaszły w nich także inne zmiany. Na wielu takich wyspach pastwiska są rzadkością, zaś Aldabra jest pod tym względem szczególnie uboga. Nie mając wyboru, żółwie poszerzyły swój jadłospis, włączając do niego prawie wszystko, co choćby w najmniejszym stopniu nadaje się do jedzenia. Można się o tym przekonać, rozbijając na wyspie obóz. W czasie posiłków spożywanych przez obozowiczów zwierzęta te nie tylko siadają obok ludzi, ale także powoli i niezgrabnie plądrują namiot w poszukiwaniu czegoś do jedzenia. Zabierają też części odzieży pozostawione przez właściciela. Najgorsze jest jednak to, iż stały się kanibalami. Te na co dzień roślinożerne zwierzęta potrafią spożyć doczesne szczątki zmarłego krewniaka.
Zmieniły się także proporcje ciała tych żółwi. Ich ogromne pancerze nie są tak grube i mocne jak spokrewnionych z nimi żółwi z gatunków afrykańskich. Nie mają też równie silnych wewnętrznych podpór kostnych podtrzymujących pancerz. W istocie, przy niedelikatnym obchodzeniu się z pancerzem, łatwo można go uszkodzić. Taki pancerz nie daje więc bezpiecznego schronienia, jakim mogą poszczycić się żółwie kontynentalne. Przedni otwór pancerza uległ poszerzeniu i zwierzę może bardziej wysunąć się z niego na zewnątrz. Daje to żółwiowi więcej swobody podczas żerowania, ale oznacza też, że nie może on całkowicie wciągnąć swoich kończyn i szyi pod pancerz. Gdyby przenieść go z powrotem do Afryki, hieny lub szakale łatwo zacisnęłyby zęby na jego szyi.
Wszędzie na świecie żółwie tworzące na wyspach izolowane populacje uległy podobnym zmianom. Gady żyjące na Galapagos są równie duże; jednak ich najbliższymi krewniakami nie są gigantyczne żółwie z wysp Oceanu Indyjskiego, ale o wiele od nich mniejsze, żyjące w Ameryce Południowej.
Tendencja do osiągania olbrzymich rozmiarów nie ogranicza się jedynie do żółwi, ale zaznacza się i u innych gadów zamieszkujących wyspy. 5

Więc tylko jeden gatunek gigantycznej jaszczurki na Komodo, jeden olbrzymi żółw na Aldabrze i jeden gatunek dronta dodo istniał na Mauritiusie.6

Przewaga ryb w środowisku morskim nie miała jednak charakteru trwałego. Około dwustu milionów lat temu, gdy zarówno ryby o szkielecie kostnym jak i chrzęstnym występowały licznie, pewne zwierzęta zimnokrwiste, które uprzednio wykształciły już cztery kończyny i skolonizowały ląd, zaczęły wracać do morza. Gady uczyniły to pierwsze, a na ich czele znalazły się pierwotne żółwie morskie. 7


1. In normal circumstances, the frequent fast-moving fires cause little trouble to the animals. Birds can fly away from them. Ground-living creatures such as rattlesnakes and gopher tortoises take refuge for the few minutes that the fire takes to sweep by in the holes they regularly use as shelter from the oppressive midday heat.


2. Tortoises, when they get really hot – above 4o.5°C – wet their heads and neck with a great flow of saliva. Sometimes they go even further and release the large volume of liquid that they habitually store in their bladder all over their back legs.


3. The river fish are attacked by other kinds of hunters. Turtles lie in wait for them on the bottom. They are not swift swimmers and catch their prey by stealth. The matamata, a South American species, disguises itself with tatters of skin that hang from folds and dewlaps of its head and neck. Its shell, too, is uneven and often sprouts a fur of algae. When the animal lies on the bottom among rotting leaves and twigs, as it often does, it is virtually invisible. If a fish strays within range, the turtle suddenly gapes – and the fish is engulfed. The alligator snapper turtle, one of the largest of all freshwater species, growing up to 75 centimetres long, is a more active fisherman. It has a small projection on the floor of its mouth which ends in a bright red worm-like filament. It rests with its jaws agape and, every now and then, twitches its little red bait. If a fish comes to collect it, the turtle simply shuts its mouth and swallows.


4. Very few marine creatures can venture above the limit of the highest tide and survive. Turtles, however, are compelled to do so by their ancestry. They are descended from land-living, air-breathing tortoises, and have, over the millennia, become superb swimmers, able to dive beneath the surface for long periods without drawing breath, propelling themselves at great speed with legs that have been modified into long broad flippers. But their eggs, like all reptilian eggs, can only develop and hatch in air. Their developing embryos need gaseous oxygen to breathe, and without it they will suffocate and die. So every year, the adult female turtles, having mated at sea, must leave the safety of the open ocean and visit dry land. Ridleys, one of the smallest of the sea-going turtles, averaging about 60 centimetres in length, breed in vast congregations that must surely constitute one of the most astounding sights in the animal world. On one or two remote beaches in Mexico and Costa Rica, on a few nights between August and November which scientists so far have been unable to predict, hundreds of thousands of turtles emerge from the water and advance up the beach. They have the lungs and the watertight skin bequeathed them by their land-living ancestors so they arc in no danger of either suffocation or desiccation, but their flippers are ill-suited to movement out of water. But nothing stops them. They struggle upwards until at last they reach the head of the beach just below the line of permanent vegetation. There they begin digging their nest holes. So tightly packed are they that they clamber over one another in their efforts to find a suitable site. As they dig, sweeping their flippers back and fiirth, they scatter sand over one another and slap each others’ shells. When at last each turtle completes her hole, she lays about a hundred eggs in it, carefully covers it over, and returns to the sea. The laying continues for three or four nights in succession during which time over 100,000 Ridleys may visit a single beach. The eggs take forty-eight days to hatch but often before they can do so a second army of turtles arrives. Again the beach is covered with crawling reptiles. As the newcomers dig, many inadvertently excavate and destroy the eggs laid by their predecessors and the beach becomes strewn with parchment-like egg-coverings and rotting embryos. Less than one in 500 of the eggs laid on the beach survives long enough to produce a hatchling.
The factors that govern this mass breeding are still not properly understood. It may be that all the Ridleys come to these very few beaches simply because ocean currents happen to sweep them passively in that direction. It could also be advantageous for them to nest thousands at a time, since if they spaced out their visits more evenly throughout the year, the beaches would attract large permanent populations of predators such as crabs, snakes, iguanas and vultures. As it is, there is little to eat there for most of the year, so very few such creatures are there when the turtles arrive. If this is the reason for the habit, it seems to have been effective, for Ridleys in both the Pacific and the Atlantic are among the commonest of all turtles while many other species are now diminishing in numbers and some are in danger of extinction.
The biggest of them all is the leatherback turtle which can grow to over 2 metres in length and weigh 600 kilograms. It differs from all other turtles in that it has no horny plated shell but a ridged carapace of leathery, almost rubbery skin. It is a solitary ocean-going creature. Individuals may turn up anywhere in tropical seas and have been caught as far south as Argentina and as far north as Norway. Until only twenty-five years ago, no one knew where the species’ main nesting-beaches were. Then two sites were discovered, one on the east coast of Malaysia and another in Surinam in South America. On each, the leatherbacks nest, a few dozen at a time throughout a three-month season.
The females usually come at night when the moon has risen and the tide is high. A dark hump appears in the breakers, glistening in the moonlight. With strokes of her immense flippers, she heaves herself up the net sand. Every few minutes she stops and rests. It may take her half an hour or more to climb to the level she seeks, for the nest must be above the reach of the waves yet the sand must be sufficiently moist to remain firm and not cave in as she digs. She may make several trial excavations before she finally discovers a place that suits her. Then she determinedly starts clearing a wide pit with her front flippers, sweeping showers of sand behind her. After a few minutes work, it is deep enough, and with the most delicate movements of her broad back flippers, she scoops out a narrow shaft in the bottom.
She is almost entirely deaf to airborne sounds and your talking will not have disturbed her. Had you shone a torch on her as she climbed up the beach, however, she might well have turned around and gone back to the sea without laying. But now even bright lights will not stop her getting rid of her eggs. She sheds them swiftly, in groups, her back flippers clasped on either side of her ovipositor, guiding the eggs downwards. As she lays, she sighs heavily and groans. Mucus trickles from her large lustrous eyes. In less than half an hour, all her eggs are laid and she carefully tills in the pit, pressing the sand down with her hind flippers. She seldom returns directly to the sea but often moves over to other places on the beach where she digs in a desultory way, as though to confuse her trail. Certainly, by the time she heads back to the waves, the surface of the beach has been so churned up that it is almost impossible to guess just where her eggs lie.
But watching human beings need not guess. In Malaysia and in Surinam, the people patrol the beaches all night and every night during the season and collect the eggs, usually even before the females have filled in the shaft. A few eggs are now being bought by local government agencies and hatched in artificial incubators, but nearly all the rest are sold in local markets and eaten.
Perhaps we have not yet discovered all the leatherbacks’ breeding grounds. Maybe some of the turtles, as they wander through the seas, have come across remote deserted islands, far from the haunts of man, where they can breed unmolested. ‚They are not the only creatures to make such voyages. Shore-living organisms are unable to move from shallow water during their adult lives; but at an earlier stage they too travel widely, floating as seeds and larvae, eggs and fry. For them all, an island may be not just another densely populated, highly competitive home like the coasts from which they have come, but a sanctuary where they can have the freedom to develop into forms that arc quite new.


5. Feeding alongside the dodos and solitaires in Mauritius, Reunion and Rodriguez were also huge tortoises. They grew to over a metre long and weighed up to 200 kilos. Others lived on the Comoro Islands and Madagascar. These were even more valuable to sailors than the dodo, for they would remain alive in the holds of ships for weeks on end, so they could provide fresh meat, even in the Tropics, many days after the ship had last left port. So the giant tortoises went the same way as the dodo and the solitaire. By the end of the nineteenth century, all the giant tortoises of the Indian Ocean had been exterminated – except for those on Aldabra. They were so isolated and so far from the main shipping routes that even the prospect of conveniently-packaged fresh meat did not tempt many captains to go so far out of their way. Today, there are still some 150,000 giant tortoises on the island.
There seems to be no doubt that they, like their extinct relatives on islands elsewhere, are descended from normal-sized tortoises living on the African mainland. It may be that some of these, many thousands of years ago, made the trip across to Madagascar riding on clumps of vegetation. It is also possible that, once giant forms developed, they spread to other islands supported by no more than the buoyancy of their own bodies.
Such voyages may well have started when a tortoise, grazing among the mangroves by the edge of the sea, was accidentally caught by the tide and swept out. Giant tortoises have certainly been found floating among the waves many miles from land and they can probably survive many days at sea. An ocean current flows from Madagascar towards Aldabra and, helped by that, a giant tortoise could make the passage in about ten days. It is by no means certain why tortoises, when isolated on islands, should become giants. Maybe a large animal, with big reserves of fat, is better able to survive a bad season than a smaller one. There may be an even simpler reason. With no predators around to attack them and no animals competing with them for the grazing, naturally long-lived creatures like tortoises may just go on growing. As well as increasing their size, the island tortoises have changed in other ways. Pasturage is not abundant on many of these islands and it is particularly scarce on Aldabra. Tortoises have consequently broadened their diet to include almost anything that is remotely edible, as you will soon discover if you camp on the island. The animals not only sit expectantly around you at mealtimes but will slowly and ponderously demolish your tent in the search for something to eat, as well as sampling any bits of your clothing that you may have left lying around. More grimly, they have also become cannibals. When one of their number dies, these normally vegetarian creatures can be seen champing their way through the dep.
The relative proportions of their bodies have also changed. Their huge shells are not as thick or as strong as those of their African relatives, nor are the internal struts of bone that support the carapace as robust. Indeed, their shells are easily dented if they are roughly handled. Nor does the carapace provide such an effective refuge as that of the mainland tortoise. The opening at the front has become wider and the animal’s body bulges farther from it. This gives the tortoise much greater freedom while browsing, but it also means that the animal is unable to withdraw its limbs and neck completely into the shell. Were it to be transported back to Africa, hyenas or jackals might well be able to fasten their teeth into the tortoise’s neck and kill it.
Tortoises on isolated islands elsewhere in the world have changed in a very similar way. There are some in the Galapagos that are equally big. Their closest relations, however, are not the giants in the Indian Ocean, but tortoises a fraction of their size that live in South America.
This tendency of island-living reptiles to grow huge is not limited to tortoises.


6. So there is only one kind of giant lizard on Komodo, one giant tortoise on Aldabra and there was only one dodo on Mauritius.


7. The fishes’ supremacy of the sea has not, however, gone unchallenged. Some 200 million years ago, when both bony and cartilaginous fish were already well-developed and numerous, some of the cold-blooded creatures that, by then, had developed four legs and colonised the land began to return to the sea. The reptiles were the first to do so when they produced the early turtles.


Autor: XYuriTT

The First Eden: The Mediterranean World and Man

Tytuł: The First Eden: The Mediterranean World and Man
Autor(zy): David Attenborough
Rok wydania: 1987
Wydawnictwo: Collins / BBC Books

Dlaczego w bazie: W książce tej, poświęconej morzu śródziemnemu, jest kilka żółwich kawałków + dwa ładne zdjęcia.

Pierwsza wzmianka jaką przytaczamy dotyczy dwóch gatunków żółwi wymienionych jako przypływający z oceany atlantyckiego do morza śródziemnego, Żółw Skórzasty oraz Żółw Karetta. Pojawia się też informacja, że na paru greckich wyspach i w części tureckiego wybrzeża składają jajka, niektóre żółwie zaś się zadomowiły i w ogóle morza śródziemnego nie opuszczają.

Other Atlantic animals also pay regular visits to the Mediterranean. The immense ocean-going leatherback turtle, which can grow to a lenght of six feet, whose global wanderings are still largely uncharted sometims appears in the Sea, drifting through the water lazily browsing on sholas of jellyfish. Loggerhead turtles, which are very smaller, come in to feed on the Posidonia meadows. Some haul themselves out of the water to lay theirs eggs in the sand of beaches around one or two of the Greek islands and along the remoter parts of the Turkish coast. A significant number have even become permanent residents and never leave the Sea at all.

Druga wzmianka to opis zdjęcia żółwia morskiego (Karetta), wyjaśnione jest, że żółwie są gadami i chociaż są w stanie długo przebywać w zanużeniu, to w końcu muszą się wynurzyć by zaczerpnąć powietrza.

Newcomers to the Sea
Several groups of air-breathing land animals have produced species that have colonised the sea. The turtles, such as the loggerhead (below), are reptiles. They are able to stay below the surface for long periods, but eventually they have to come to the surface to breathe.

Kolejny element to luźna wzmianka, że wyspy zostały zasiedlone przez rozmaite zwierzęta, wymieniane sa m.in. żółwie.

Certain it is, however, that soon after the refilling, all the islands of any size were inhabited by a range of animals that included between them mice and shrews, hedgehogs and deer, tortoises and land birds, and even hippopotamus and elephants. None, however, had any large carnivores such as lion or leopard, and the their absence was to become important.

Kolejny kawałek dotyczy maltańskich żółwi, porównywalnych rozmiarami z tymi jakie współcześnie żyją na Galapagos i Aldabrze. Wyjaśniony jest też mechanizm pozwalający na taki gigantyzm.

Other Maltese animals, however, had become giants. There was a huge swan with a nine-foot wing-span which, judging from the small size of the breast bone to which its flying muscles were attached, was probably almost flightless, a dormouse the size of a large rabbit, and tortoises full comparable in size to those living today on the Galapagos and on Aldabra in the Indian Ocean. Birds escape their land-bound enemies by flying, rodents by taking refuge down holes and crevices. Both these factors normally limit their size. But in the absence of all enemies, both animals are free to grow large. The swans probably had relatively few problems with food, since little else competed with them for their favoured diet of water plants, but this would not have been the case as far as the rodents and tortoises were concerned. Competition for limited food supplies, it seems, has a different effect on small species than it does on large ones. Individual undersized elephants may well survive when bigger ones starve; but a big mouse or tortoise is likely to be more successful at claiming a share of scarce grazing than a small one.

Przedostatni kawałek to wyjaśnienie dlaczego gady tak dobrze sobie radzą w klimacie morza śródziemnego, z jednoznacznym zaznaczeniem, że żółwie można znaleźć właściwie wzdłuż całego wybrzeża.

Reptiles, however, relish the summers. Their skins are watertight, so the danger of dehydration for them is a negligible one. Furthermore, they gather the heat they need to activate the chemistry of their bodies d ever it directly from their environment instead of using food to generate it as mammals do, so warm days give them more energy rather than robbing them of it. In consequence, reptiles of one kind o another are common. Tortoises are found around most of the Sea’s coastline.

Ostatni kawałek to drugie zdjęcie, przedstawia „spur-thighed” żółwia, który po polsku zwie się bardzo adekwatnie, Żółw śródziemnomorski. Sam podpis mówi, że w omawianym rejonie znaleźć można trzy gatunki żółwia, ten ze zdjęcia jest najpowszechniejszy, występuje w Grecji, Turcji, Włoszech a także na afrykańskim wybrzeżu.

There are three species of tortoise of which the spur-thighed (3) is the mos widespread, being found in Greece, Turkey and Italy as well as along the African shore.

Autor: XYuriTT

New Life Stories

Tytuł: New Life Stories
Autor(zy): David Attenborough
Rok wydania: 2011
Wydawnictwo: Collins

Dlaczego w bazie: Kontynuacja Life Stories. Żółwia zawartość jest symboliczna.
Pierwsza wzmianka na jaką zwracamy uwagę to „tortoise-shells” motyle o jakich piszę David (i o tym, że coraz trudniej je zobaczyć).

Sadly there are far fewer butterflies in my London garden these days than they used to be. Once my buddleia bush was covered each summer with red admirals, peacocks, painted ladies and tortoise-shells. Now the appearance of just one of these is enough to call me outside.

Druga wzmianka jest zarówno graficzna jak i słowna, na dwóch zdjęciach (załączone poniżej) widać jedno z dzieł taksydermisty, Watertona w którym to połączył on różne zwierzęta. Podpis do zdjęcia do tego nawiązuje, mówiąc, że wykorzystana została skorupa wyjątkowo owłosionego żółwia.

Waterton used his taxidermic skills to produce three dimensional allegories. This one, entitles „Ole Mr bull in trouble”, is made from the shell of an extraordinarily hairy tortoise which carries on its back a heavily spiked dragon-like creature with two bulky purses, one labelled National Debt and the other Eight Million Pounds. It is escorted by a gigantic millipede, two bloated toad-like creatures, one of which has wings, and a lizard holdinh its tail over its back like a lemur.

Autor: XYuriTT

Life Stories

Tytuł: Life Stories
Autor(zy): Davit Attenborough
Rok wydania: 2009
Wydawnictwo: BBC Worldwide Limited

Dlaczego w bazie: Książka ta jest w gruncie rzeczy zapisem tekstowym opowieści jakie autor tworzył na potrzeby audycji radiowych (największą wartością dodaną względem po prostu wysłuchania wersji z radia są dodane strony z grafikami na dany temat). Żółwie elementy znaleźliśmy w rozdziale 19, zatytułowanym ” Collecting”, czyli Kolekcjonerstwo.

Pierwsza żółwia wzmianka dotyczy Lorda Waltera Rothschilda, który to zbierał rozmaitości, w tym żółwie.

In the nineteenth century, Lord Walter Rothschild, fuelled by his family wealth, assembled the biggest collection of natural history objects ever made by one man, paying over 400 collectors to scoop up things for him from all over the world. Giant tortoises, bird skins, birds eggs, butterflies, beetles, there seems to be no product of the natural world that he was unwilling to acquire.

Druga znaleziona wzmianka dotyczy Darwina i żółwi z Galapagos, tego jak naprowadziły go na jego sławną Teorię a zarazem nie mogły być użyte jako argument/dowód, bo nie notował z której wyspy jakiego żółwia/skorupę zdobył.

It may come as a consolation to some of us that on occasion even the great Darwin was less than perfect as a scientific collector. It’s said that the idea of natural selection was sparked in his mind by the claim made by a British resident in the Galapagos Islands that he could tell which island a giant tortoise had come from by the shape of the opening in the front of the shell through which the animal’s head emerges. Those on dry islands which lacked a reasonable turf on which to graze had front openings with a peak to them so that owners could crane their exceptionally long necks upwards and browse from the branches of tall plants.
Darwin certainly brought back several shells and skeletons of these extraordinary reptiles, but he had done the unforgivable; he had neglected to note which of them came from which island. So he couldn’t use them to illustrate his theory. Instead he had to base that on the mockingbirds that is assistant, Syms Covington, had not only collected but had meticulously labelled with their place of origin.

Dwie ostatnie wzmianki to podpisy pod zdjęciami, jedno przedstawia Lorda Rothschilda i wspomina o tym, że zbierał żółwie, drugie zaś to grupka żółwi z Galapagos w naturalnym środowisku. Pierwszego zdjęcia nie pokazujemy, bo nie ma nic żółwiego, drugie można zobaczyć poniżej.

Lord Rothschild collected living animals as well as dead specimens. He had a herd of giant tortoises and also keep zebra and trained them to pull the carriage in which he travelled occasionally in London.

A herd of giant Galapagos tortoises. Darwin failed to note the detail, critical for his theory, of which islands his specimens came from.

Autor: XYuriTT

Prywatne życie roślin

Tytuł: Prywatne życie roślin
Tytuł oryginału: The Private Life of Plants
Autor(zy): David Attenborough,
Tłumaczenie: Justyna Jannasz
Rok wydania: 1994 (ENG), 1996 (PL)
Wydawnictwo: BBC Books, Świat Książki

Dlaczego w bazie: Ksiązkowa wersja programu przyrodniczego który mamy już opisany w bazie. Żółwie pojawiają się w tej książce w trzech miejscach:

Pierwsza wzmianka jest niebezpośrednia, wspominany jest „small tortoiseshell butterfly”, gdzie oczywiście środkowy człon można rozumieć jako „szylkretowy”. Internet podpowiada jednakże, że polska nazwa tego motyla to „Rusałka pokrzywnik”.

The caterpillars of small tortoiseshell and red admiral butterflies chew their way around the dangerous needles and the succulent leaves of nettles, so shunned by other bigger animals, are one of their favourite foods.

Druga wzmianka jest nawiązanie do historii Żółwia i Zająca. Wyjaśnione jest, że Dęby rosną wolniej niż Brzozy, ale z każdym rokiem są większe i silniejsze i w końcu zaczynają rywalizować o zasoby z brzozami. Użyte zostaje właśnie porównanie, że w tym wyścigu Żółw zaczyna się równać z Zającem.

The young oaks grow slowly. The demands they make on the soil are less than those of the swift-growing birch. But each year they are bigger and stronger and eventually the time comes when they begin to rival the birches. In this long race, the tortoise is beginning to catch up with the hare.

Kolejna wzmianka jest we fragmencie o „pebble plants”, litopach, tym jak ich wygląd daje im szansę na uniknięcie zjedzenia przez zwierzęta, np. żółwie.

Outside the flowering season, the plant is very difficult to find among the gravel and pebbles, so its shape could also serve as a devence against detection by grazing animals – ostrichces and tortoises, porcupines and perhaps a few gerbils.

Autor: XYuriTT