Baywatch: Słoneczny patrol

Tytuł: Baywatch: Słoneczny patrol
Tytuł angielski: Baywatch
Premiera: 2017
Reżyseria: Seth Gordon
Aktorzy: Dwayne Johnson, Zac Efron, Priyanka Chopra, Alexandra Daddario, Kelly Rohrbach, Ilfenesh Hadera, Jon Bass, Yahya Abdul-Mateen II, Hannibal Buress, Rob Huebel, Amin Joseph, Jack Kesy, Oscar Nuñez, David Hasselhoff, Pamela Anderson
Gatunek: Akcja, komedia, kryminalny
Kraj Produkcji: UK, Chiny, USA

Dlaczego w bazie: W jednej ze scen, w pokoju dziecięcym na ścianie widać obrazek przedstawiający podwodny morski widoczek. Wśród zwierząt morskich dostrzec można także coś, co mocno wygląda na żółwia.

Autor: XYuriTT

Zęby

Tytuł: Zęby
Tytuł angielski: Teeth
Premiera: 2007
Reżyseria: Mitchell Lichtenstein
Aktorzy: Jess Weixler, John Hensley, Josh Pais, Hale Appleman, Lenny von Dohlen, Vivienne Benesch, Ashley Springer, Laila Liliana Garro, Nicole Swahn, Adam Wagner, Hunter Ulvog, Ava Ryen Plumb, Trent Moore, Mike Yager, Nathan Parsons
Gatunek: Komedia, fantasy, horror, thriller
Kraj Produkcji: USA

Dlaczego w bazie: Żółw pojawia się w tym filmie tylko w jednej scence – przez sekundkę widać prawdziwego żółwika pływającego sobie w swym naturalnym środowisku.

Autor: XYuriTT

Tesla

Tytuł: Tesla
Premiera: 2020
Reżyseria: Michael Almereyda
Aktorzy: Ethan Hawke, Eve Hewson, Eli A. Smith, Josh Hamilton, Lucy Walters, Luna Jokic, Kyle MacLachlan, Dan Bittner, David Kallaway, Karl Geary, Ebon Moss-Bachrach, Nicholas Wuehrmann, Haley Elise Pehrson, Bill Edison, Corban Elwick-Schermitz
Gatunek: Biograficzny, dramat
Kraj Produkcji: USA

Dlaczego w bazie: Żółw pojawia się w tym filmie tylko w formie wzmianki dialogowej – jedna z postaci mówiąc do Tesli wspomina, że droga mleczna to brudna od błota woda w której (na niebie) pływa żółw.

– The Ottawa Indians considered the Milky Way to be muddy water stirred by a turtle swimming along the bottom of the sky. What do you think of that?

Autor: XYuriTT

Galápagos (2006)

Tytuł: Galápagos
Premiera: 2006
Narracja: Tilda Swinton
Gatunek: Dokumentalny
Kraj Produkcji: UK
Sposób zapoznania: Cała seria

Dlaczego w bazie: Trzyodcinkowa seria o Galapagos, tytuły odcinków to: Born of Fire, Islands That Changed the World i Forces of Change. Cała seria jest bardzo żółwia, w każdym odcinku znajduje się spora ilość scenek z żółwiami, głównie lądowymi, w trzecim widać jednak także morskie.

Autor: XYuriTT

Magnum: Detektyw z Hawajów

Tytuł: Magnum: Detektyw z Hawajów
Tytuł angielski: Magnum P.I.
Premiera: 2018-trwa
Aktorzy: Jay Hernandez, Perdita Weeks, Zachary Knighton, Stephen Hill, Amy Hill, Tim Kang
Gatunek: Akcja, przygodowy, kryminalny
Kraj Produkcji: USA
Sposób zapoznania: Dwa pierwsze sezony.

Dlaczego w bazie: Żółwie elementy, w formie prawdziwych żółwi, zarówno morskich jak i takich hodowanych w domu, oraz w formie ozdób w żółwim kształcie znaleźliśmy w sześciu odcinkach:
S01E01 – I Saw the Sun Rise – W scenie nurkowania we wraku zobaczyć można prawdziwego żółwia morskiego. Żółwik we wraku
S01E16 – Murder is Never Quiet – Pojawia się prawdziwy, dobrze widoczny żółw w akwaterrarium. Ponadto w formie żółwiokształtnej ozdoby na ścianie.
S01E17 – Black is the Widow – Niezbyt wyraźnie, bo jedyna scena w której są widoczne jest dynamiczna, pojawiają się ozdoby w żółwim kształcie widoczne na ścianie domu.
S01E19 – Blood in the Water – Pojawia się żółw morski pływający sobie pod wodą.
S02E07 – The Man in the Secret Room – Na dwóch zdjęciach hotelu w którym dzieje się odcinek widać, że na jego boku znajduje się malunek lub innego rodzaju ozdoba w żółwim kształcie (a właściwie dwie różne, bo zdjęcia są z różnych okresów).
S02E09 – A Bullet Named Fate – Na ścianie w domku znajdują się ozdoby w żółwim kształcie.

Autor: XYuriTT

Hawaii 5.0

Tytuł: Hawaii 5.0
Tytuł angielski: Hawaii Five-0
Premiera: 2010-2020
Aktorzy: Alex O’Loughlin, Scott Caan, Taylor Wily, Daniel Dae Kim, Grace Park, Chi McBride, Dennis Chun, Masi Oka, Jorge Garcia, Ian Anthony Dale
Gatunek: Akcja, kryminalny, dramat
Kraj Produkcji: USA
Sposób zapoznania: Cały serial.

Dlaczego w bazie:
Ten mający dziesięć sezonów serial z jednej strony jest bardzo żółwi, bowiem na 240 odcinków, aż w 25 znaleźliśmy żółwie elementy. Z drugiej jednak strony, w żadnym z tych odcinków żółwie nie odgrywają żadnej istotnej roli. Ot, pojawiają się w formie sekundowego pokazania żółwia morskiego pod wodą, żółwia w formie rysunku/naklejki/wisiorka itd., ewentualnie są jedynie wspomniane w dialogu. Kamehameha.

Szczegółowa rozpiska:
S01E09 – Poʻipu – Pojawia się autobus z grafiką żółwia.
S01E11 – Palekaiko – Prawdziwy żółw w krótkiej scence pod wodą pokazany.
S01E17 – Powa Maka Moana – Prawdziwy żółw w krótkiej scence pod wodą pokazany.
S01E19 – Ne Meʻe Laua Na Paio – Prawdziwy żółw w krótkiej scence pod wodą pokazany, pojawia się także w formie symbolu na desce do pływania.
S01E20 – Ma Ke Kahakai – Pojawiają się petroglify, widać także taki w kształcie żółwia.
S02E04 – Mea Makamae – Prawdziwy żółw w krótkiej scence pod wodą pokazany.
S02E08 – Lapaʻau – Jedna z postaci wspomina znajdowanie przez siebie martwych żółwi na rafie, używa tego by wyjaśnić, dlaczego w swej szemranej wcześniejszej karierze nigdy nie zajmował się rzeczami związanymi z handlem zwierzętami bądź ich częściami.

– Found dead turtles on the reef


S03E07 – Ohuna – Jedna z postaci w tle ma żółwi plecak.
S04E11 – Pukana – Żółwie pojawiają się jako grafika na koszulkach i banerze w związku z akcją sprzątania plaży.
S04E12 – O kela me keia Manawa – Jeden z bohaterów, Kamekona ma koszulkę z żółwim wzorem.
S04E20 – Peʻepeʻe Kanaka – Prawdziwy żółw w krótkiej scence pod wodą pokazany.
S05E02 – Ka Makuakane – Żółwie pojawiają się w formie elementu ozdobnego widocznego w jednym z domów, czwórka zwierzaków wisi przy schodach.
S05E06 – Hoʻomaʻike – W kontekście halloween wspomniane są Żółwie Ninja.

-You know, my son’s going as a Ninja Turtle. He’s 12.


S05E07 – Ina Paha – W tym odcinku jest powtórzona w ramach wspominek m.in. scenka z 4×12, w której widać koszulkę Kamekony z żółwim motywem.
S05E14 – Powehiwehi – Zakład fryzjerski który w pewnym momencie odwiedzają bohaterowie ma kilka żółwich elementów ozdobnych, lustro, figurkę, nieokreślonego przeznaczenia kulę z żółwim rysunkiem.
S05E19 – Kahania – W tym odcinku pojawia się ponownie zakład fryzjerski, należący do tej samej postaci co opisany wyżej, ale w nowej lokalizacji. Tutaj zobaczyć można kilka żółwich naklejek.
S05E24 – Luapoʻi – W szpitalu dostrzec można (widać jedynie część) żółwi malunek.
S06E07 – Na Kama Hele – Prawdziwy żółw w krótkiej scence pod wodą pokazany.
S06E14 – Hoa ‚inea – Wspomniane w jednym dialogu jest „Turtle Back Zoo”.

Buddy… when I was, um, about 12 years old, I saw, uh, two sea lions mate at the, uh, Turtle Back Zoo in West Orange.

S07E01 – Makaukau ‚oe e Pa’ani? – W pokoju u podejrzanego dostrzec można na tablicy korkowej dwie żółwie naklejki, szarą i zieloną, na ścianie wisi także coś co niewykluczone, że jest żółwią skorupą.
S07E06 – Ka hale ho’okauwel – Pojawia się wzmianka słowna o Turtle Bay.
S07E23 – Wehe ‚ana – W jednej ze scen pojawia się wzmianka słowna o żółwiu.

Is this the, uh, the guy who swam too close to the turtle?


S08E18 – E Ho’Oko Kuleana – Jedna z postaci, dziecko, ma żółwi wisiorek.
S08E22 – Kopi Wale No I Ka I’a A ‚Eu No Ka Ilo – Pojawia się żółwi latawiec.
S09E19 – Pupuhi ka he’e o kai uli – W sklepie widoczna jest żółwia pocztówka.

Autor: XYuriTT

Marzec 2021

W marcu 2021 do TurtleDexa dodano:

13 seriali:
Spartakus: Krew i piach (Spartacus: Blood and Sand)
Rodzina Borgiów (Rodzina Borgiów)
Rzym (Rome)
Tatau
Teoria wielkiego podrywu (The Big Bang Theory)
Młody Sheldon (Young Sheldon)
Star Trek: Enterprise
Star Trek: Następne pokolenie (Star Trek: The Next Generation)
Star Trek: Voyager
Parks and Recreation
Rick i Morty (Rick and Morty)
Wodogrzmoty Małe (Gravity Falls)
Robot Chicken

15 książek:
Stephen Hawking – Krótka historia czasu. Od Wielkiego Wybuchu do czarnych dziur (A Brief History of Time: From the Big Bang to Black Holes)
Michael Ende – Nie kończąca się historia (The Neverending Story)
Richard Dawkins – Ślepy zegarmistrz czyli, jak ewolucja dowodzi, że świat nie został zaplanowany (The Blind Watchmaker: Why the Evidence of Evolution Reveals a Universe Without Design)
Douglas Adams, Mark Carwardine – Last Chance to See
Mark Carwardine – Last Chance to See: In the Footsteps of Douglas Adams
David Attenborough – Prywatne życie ptaków (The Life of Birds)
David Attenborough – The Life of Mammals
David Attenborough – Prywatne życie roślin (The Private Life of Plants)
David Attenborough – Life Stories
David Attenborough – New Life Stories
David Attenborough – The First Eden: The Mediterranean World and Man
David Attenborough – Żyjąca Planeta (The Living Planet)
David Attenborough – Życie na ziemi (Life on Earth)
David Attenborough – Na ścieżkach życia (The Trials of Life)
David Attenborough – Przygody młodego przyrodnika (Adventures of a Young Naturalist)
David Attenborough – Podróże na drugi kraniec świata. Dalsze przygody młodego przyrodnika (Journeys to the Other Side of the World: further adventures of a young naturalist)

Podróże na drugi kraniec świata. Dalsze przygody młodego przyrodnika

Tytuł: Podróże na drugi kraniec świata. Dalsze przygody młodego przyrodnika
Tytuł oryginału: Journeys to the Other Side of the World: further adventures of a young naturalist
Autor(zy): David Attenborough
Tłumaczenie: Adam Tuz
Rok wydania: 2018 (ENG), 2020 (PL)
Wydawnictwo: Two Roads (ENG), Prószyński i S-ka (PL)

Dlaczego w bazie: Dalszy ciąg zapisków autora z jeog pierwszych wypraw przyrodniczych. Znaleźliśmy aż dziesieć żółwich fragmentów, z czego jeden całkiem długi. Przytaczamy wszystkie:

Ostatnią wyspą, którą odwiedziliśmy przed powrotem do Suvy, był Koro. Zaraz po przyjeździe na wyspy Fidżi, kiedy ustalaliśmy szczegół naszej podróży po zewnętrznych wyspach, zaplanowaliśmy spędzenie na Koro dwóch tygodni, ponieważ słyszeliśmy, że mieszkańcy wsi Nathamak na północnym wybrzeżu wyspy potrafią na zawołanie wzywać z głębi oceanu świętego żółwia i wielkiego, białego rekina. Takie twierdzenie nie było rzeczą jedyną w swoim rodzaju; podobno ludzie z Samoa, Wysi Gilberta, a w obrębie Fidżi także z wyspy Kandavu też umieją to robić niemniej historia wydawała się nam niezwykła. Nasze opóźnienie w związku z pobytem w Lomalomie oznaczało, że moglibyśmy obecnie spędzić na Koro dwadzieścia cztery godziny, ale bardzo chciałem to zrobić w nadziei, iż nawet w tak krótkim czasie moglibyśmy ujrzeć na własne ocz przyzywanie żółwia.
O zmierzchu następnego wieczoru, w niedzielę, rzuciliśmy kotwicę u wybrzeża w pobliżu Nathamaki i natychmiast zeszliśmy na brzeg, żeby przy kavie przedstawić się wodzowi.
Mbuli oczekiwał nas kilka tygodni temu, gdyż przysłaliśmy z Suvy wiadomość o planowanej wizycie, ale choć zjawiliśmy się tak spóźnieni, sprawiał wrażenie zachwyconego, że nas widzi.
— Na pewno zostaniecie tu co najmniej przez tydzień — rzekł.
— Wielka szkoda, ale nie możemy — odpowiedziałem. — Jutro wieczorem musimy odpłynąć do Suvy, bo mamy rezerwacje na statku, który zawiezie nas na wyspy Tonga.
— Oia-wa — wykrzyknął mbuli. — To źle. Mieliśmy nadzieję, że będziecie u nas gościć przez wiele dni, żebyśmy mogli uczynić wam zaszczyt i pokazać coś niecoś na naszej wyspie. A dziś jest niedziela, więc nie możemy nawet powitać was wielkim przyjęciem i tańcem taralala, bo kościół zabrania tańczyć w niedziele.
Powiódł żałosnym wzrokiem po kręgu osób pijących kavę i przypatrujących się nam dziewczętach oraz chłopcach, zebranych u drzwi mbure.
— Nieważne — rzucił, rozchmurzając się. — Mam pomysł. Będziemy popijać kavę jeszcze przez cztery godziny, a wtedy będzie już poniedziałek, przyjdą wszystkie dziewczęta i będziemy tańczyć aż do wschodu słońca.
Ze znacznym żalem musieliśmy odrzucić tak pomysłową propozycję, ale obiecaliśmy wrócić wcześnie następnego ranka z kamerami, żeby sfilmować ceremonię przyzywania żółwia.
Następny dzień od świtu zaczął się brzydką pogodą. Niebo zapełniło się wiszącymi nisko, mglistymi chmurami ciągnącymi się nieprzerwanie aż po horyzont, a przez poszarzałe wody laguny przeciągały fale deszczu. Zapakowaliśmy sprzęt w nieprzemakalne osłony i zabraliśmy na brzeg w nadziei, że później w ciągu dnia warunki może się poprawią.
Naczelnik wioski, który miał przeprowadzić rytuał, czekał na nas w swoim mbure, wyglądając olśniewająco w ceremonialnym kilcie z liści pandana i szarfach z tkaniny z włókien z kory.
Mimo że padał deszcz, naczelnik chciał wyjść i przyzywać żółwie. Wyjaśniłem, że pogoda jest zbyt zła na filmowanie. Wyglądał na niezmiernie rozczarowanego, więc zaproponowałem, żeby zaprowadził nas na miejsce ceremonii, żebyśmy mogli zdecydować, gdzie ustawić kamery na wypadek, gdyby w ciągu dnia przestało padać. Zgodził się i razem wyszliśmy z domu w mżący deszcz. Naczelnik prowadził nas wzdłuż plaży, a następnie biegnącą stromo ku górze błotnistą ścieżką.
W marszu rozmawialiśmy, ponieważ naczelnik służył w wojsku i znakomicie mówił po angielsku.
— Myślę, że tak czy inaczej przywołam żółwie — rzekł do mnie swobodnym tonem.
— Proszę się nie trudzić — odparłem. — Chcę tylko rzucić okiem na to miejsce.
Mój rozmówca zrobił kilka dalszych kroków.
— Równie dobrze mógłbym je przywołać — powiedział.
— Wolałbym, żeby pan tego nie robił. To byłoby irytujące, gdyby przypłynęły, a my nie moglibyśmy ich sfilmować.
Naczelnik brnął dalej pod górę zboczem wzgórza.
— Cóż, ale mógłbym mimo wszystko je przywołać.
— Niech pan tego nie robi ze względu na nas — prosiłem. — Gdyby tego ranka przypłynęły, mogłyby już nie zawracać sobie głowy powrotem dziś po południu.
Naczelnik się roześmiał.
— Zawsze przypływają — odpowiedział.
Do tego czasu szliśmy już wzdłuż krawędzi wysokiego klifu. Deszcz na moment ustał i na powierzchni morza w dole połyskiwał mdły snop słonecznego światła. Nagle naczelnik wybiegł w przód, stanął nad urwiskiem i zaczął _piewać na całe gardło:
Tui Naikasi, Tui Naikasi
Boże Nathamaki,
Który żyjesz u wybrzeży naszej pięknej wyspy,
Który zjawiasz się na wezwanie ludzi z Nathamaki,
Wypłyń na powierzchnię, wypłyń, wypłyń, wypłyń.
Patrzyliśmy w dół na morze falujące sto pięćdziesiąt metrów pod nami. Nie było słychać żadnego dźwięku oprócz szumu drzew w podmuchach wiatru i odległego plusku fal łamiących się na brzegu daleko pod nami.
Tui Naikasi, wypłyń, wypłyń, wypłyń.
Wtem ujrzałem mały, czerwonawy dysk z płetwami, który wychynął ponad powierzchnię morza.
— Patrz — zawołałem z podnieceniem do Geoffa, wskazując palcem. — Tam jest.
Kiedy wypowiedziałem te słowa, żółw zanurkował i zniknął.
— Nie wolno wskazywać — rzekł naczelnik z dezaprobatą. — To tambu. Jeśli się to zrobi, żółw natychmiast zniknie.
Zawołał ponownie. Czekaliśmy, przepatrując morze. Wtem żółw ponownie wypłynął na powierzchnię. Pozostawał widoczny mniej więcej przez pół godziny, następnie zagarnął wodę przednimi płetwami, zanurkował i zniknął. W ciągu następnego kwadransa osiem razy ujrzeliśmy żółwia wypływającego na powierzchnię. Wydawało mi się, że w leżącej w dole zatoce znajdują się co najmniej trzy osobniki różnej wielkości.
Kiedy wróciliśmy do wioski, zastanawiałem się nad tym, co widzieliśmy. Czy było to aż tak niezwykłe? Jeśli zatoka była akwenem szczególnie atrakcyjnym dla żółwi i zawsze pewna ich liczba pływała w jej wodach, powinniśmy byli i tak je dostrzec, jako że gady muszą wypływać na powierzchnię, by zaczerpnąć oddechu. To by wyjaśniało przyczynę, dla której naczelnik tak chciał je przywołać, gdyż umniejszałoby to wrażenie cudu — mówiąc najłagodniej — gdyby żółwie wypłynęły, mimo że nikt nie wyrzekł nawet jednego słowa.
We wsi mbuli podjął nas wspaniałym obiadem składającym się z kurczaka na zimno, bulw kolokazji jadalnej oraz batatów. Kiedy jedliśmy, siedząc po turecku na pokrytej matami podłodze, wódz opowiedział nam legendę związaną z przywoływaniem żółwi.
Przed wieloma laty, kiedy wyspy Fidżi były jeszcze niezamieszkane, przypłynęli trzej bracia z rodzinami, żeglujący między wyspami w swoich kanu. Kiedy mijali wysepkę Mbau, najmłodszy brat powiedział: Podoba mi się to miejsce. Zamieszkam tam. Zatem wysadzili go wraz z rodziną na brzeg, a dwaj pozostali bracia kontynuowali podróż na wschód, aż dopłynęli do Koro. To piękna wyspa, rzekł Tui Naikasi, najstarszy z braci. Tu będzie mój dom. I wysiadł z łodzi na brzeg razem z rodziną. Ostatni z bra-ci żeglował dalej, aż dotarł do wyspy Taveuni i tam się osiedlił.
Ostatecznie los pobłogosławił Tui Naikasiego licznymi dziećmi i wnukami, a gdy miał on już umierać, wezwał rodzinę i rzekł: Teraz muszę was opuścić; lecz jeśli kiedykolwiek znajdziecie się w kłopocie, wyjdźcie na klif nad plażą, na której pierwszy raz wylądowałem, zawołajcie do mnie, a ja zjawię się w morzu, żeby wam okazać, że nadal nad wami czuwam. Po czym Tui Naikasi umarł, a jego dusza wcieliła się w żółwia. Jego żona zmarła wkrótce potem, a jej dusza przybrała postać białego rekina.
Od tamtego czasu ludzie z Nathamaki przed wyruszeniem w długą podróż, a wojownicy ze wsi przed wyprawą wojenną zbierali się na klifie, żeby ucztować i tańczyć, a wreszcie przyzywać swoich przodków pod postaciami żółwia i rekina, by dali im odwagę przed czekającymi ich próbami.
Spytałem ogromnego mężczyznę, siedzącego obok mnie i pochłaniającego obfite porcje batatów, czy wierzy w tę historię. Zachichotał i potrząsnął przecząco głową.
— Czy często jadacie żółwie mięso? — spytałem, wiedząc, że w większości regionów Fidżi jest ono wysoko cenione jako przysmak.
— Nigdy — odparł. — Dla nas to tambu.
Następnie opowiedział mi o osobliwym zdarzeniu, które miało miejsce zaledwie kilka miesięcy temu. Grupa kobiet ze wsi łowiła w lagunie ryby i przypadkowo złapała w sieci żółwia. Wciągnęły go do kanu, żeby go z nich wyplątać, lecz zanim zdążyły to zrobić, zjawił się ogromny biały rekin i je zaatakował. Kobiety próbowały odpędzić go wiosłami, ale rekin nie dał się odstraszyć i ciągle rzucał się na kanu, aż się przestraszyły, że wywróci łódź do góry dnem. Złapałyśmy Tui Naikasiego, rzekła jedna z kobiet, a rekin, jego żona, nie odpłynie, zanim go nie uwolnimy. Jak najszybciej wyswobodziły żółwia ze zwojów sieci i wrzuciły z powrotem do wody. Żółw natychmiast zanurkował i zniknął, a rekin podążył za nim.
Do czasu zakończenia posiłku pogoda znacznie się poprawiła, postanowiliśmy zatem podjąć próbę sfilmowania ceremonii. Na podstawie tego, co widzieliśmy rano, uznaliśmy, że niezmiernie trudno będzie uzyskać ze szczytu klifu film wyraźnie ukazujący żółwia, więc opłynęliśmy zatokę łodzią i wylądowaliśmy na olbrzymim, czworokątnym, kamiennym bloku, leżącym w wodzie blisko klifu, który — jak nam powiedział wódz — był domem Tui Naikasiego. Po dziesięciu minutach drobna sylwetka naczelnika wioski pojawiła się na szczycie klifu. Pomachał do nas, wspiął się na wysoki man-gowiec i zaczął wołać:
— Tui Naikasi, Tui Naikasi. Wypłyń na powierzchnię. Wypłyń, wypłyń.
— Jeśli żółw przypłynie — szepnął do mnie Geoff — nie podniecaj się, na miłość boską, i nie wskazuj go palcem. Tylko daj mi go sfilmować, zanim zniknie.
— Tui Naikasi. Vunde, vunde, vunde — wołał naczelnik.
Lustrowałem powierzchnię morza przez lornetkę.
— Jest — stwierdził Manu, krzyżując zdecydowanym gestem ramiona na piersi. — Około dwudziestu jardów stąd, trochę w lewo.
— Gdzie? — zapytał udręczonym szeptem Geoff. Pokusa wskazania była niemal nieodparta, wyraźnie widziałem bowiem zwierzę wysuwające łeb z wody, by zaczerpnąć haust powietrza. Wtedy terkot kamery dał mi znać, że Geoff również je zobaczył. Żółw pozostał tam prawie minutę, leniwie unosząc się na wodzie. Następnie woda zawirowała, a żółw zniknął.
— Okay? — wrzasnął naczelnik.
— Vinaka, vinaka — wrzasnęliśmy w odpowiedzi.
— Wołam znowu — krzyknął.
Po pięciu minutach żółw zjawił się ponownie, tak blisko nas, że słyszałem jego wdech, gdy wychynął na powierzchnię. Kiedy mu się przyglądałem, Manu pociągnął mnie za rękaw.
— Spójrz tam — powiedział cicho, wskazując ruchem głowy miejsce w morzu blisko nas. Zaledwie około trzech metrów od głazu, na którym staliśmy, płynął wyraźnie widoczny w przejrzystej wodzie olbrzymi rekin, tnąc powierzchnię morza trójkątną płetwą grzbietową. Geoff szybko obrócił kamerę i sfilmował rybę opływającą głaz. Minęła nas trzy razy. Następnie potężnymi uderzeniami długiego ogona zwiększyła prędkość i odpłynęła ku środkowi zatoki, gdzie ostatnio dostrzegliśmy żółwia. Chociaż już nie widzieliśmy tułowia rekina, mogliśmy śledzić jego kurs według ruchu płetwy grzbietowej. Wreszcie i ona pogrążyła się w wodzie.
Zrobiło to na mnie wielkie wrażenie. Można by było wytresować do przypływania na wezwanie zarówno rekina, jak i żółwia, ale w tym celu trzeba by było nagradzać zwierzęta pokarmem, a jestem pewien, że tego ludzie z Nathamaki nie robili. Czy był to zatem tylko zbieg okoliczności, że zarówno rekin, jak i żółw zjawiały się na wołanie naczelnika? Żeby udzielić na to pytanie stosownej odpowiedzi, musielibyśmy czekać w milczeniu na szczycie klifu codziennie, może przez tydzień, i starannie notować częstość pojawiania się w błękitnych wodach zatoki rekinów oraz żółwi wynurzających się, by zaczerpnąć powietrza. Z tego powodu rzeczywiście bardzo żałowałem, że tego wieczoru musimy opuścić wyspę.

Tu’i Malila był żółwiem lądowym i podobno najstarszym żyjącym zwierzęciem na świecie. Według tradycji tego osobnika oraz samicę otrzymał w darze od kapitana Cooka w roku 1773 lub 1777 tongijski wódz Sioeli Pangia. Później wódz podarował zwierzęta córce Tu’i Tonga’. Po sześćdziesięciu latach samica padła, a Tu’i Malila zamieszkał w wiosce Malila, od której pochodziło jego imię. W końcu żółw został sprowadzony do Nuku’alofa. Jeśli ta historia była prawdziwa, żółw musiał mieć co najmniej sto osiemdziesiąt trzy lata, czyli więcej niż inny słynny żółw sprowadzony w 1766 roku z Seszeli na wyspę Mauritius, gdzie dożył aż do 1918 roku, kiedy spadł ze stanowiska dział nadbrzeżnych. Niestety, Cook nie wspomniał w swoich dziennikach o złożeniu takiego daru, a nawet gdyby rzeczywiście podarował żółwia, nie sposób dowieść, że Tu’i Malila jest tym właśnie zwierzęciem. Możliwe, że został przywieziony na wyspy Tonga później przez jakiś inny statek, gdyż statki często przewoziły żółwie jako gotowe i dogodne źródło świeżego mięsa.
Bez względu na to, jak się sprawy miały, Tu’i Malila był obecnie niezmiernie stary. Jego skorupa była poobijana i powgniatana wskutek serii wypadków, których doznał w ciągu długiego życia — nadepnął na niego koń, ogarnął go pożar buszu i prawie zmiażdżyła go płonąca kłoda, a od wielu lat był całkowicie, ślepy. Utrata wzroku uniemożliwiała mu samodzielne szukanie pokarmu, więc ktoś z pałacu codziennie przynosił mu dojrzałe papaje i gotowane bulwy manioku. Sporą część pracy w pałacowych ogrodach wykonywali więźniowie, a to konkretne zadanie wypełniał rosły i niezmiernie życzliwy morderca.

Pająki przybrały gałęzie niskich, ciernistych krzewów sieciami, na których dolnych krawędziach jakimś cudownym sposobem zawiesiły puste muszle ślimaków, służące jako obciążniki i utrzymujące jedwabiste nitki sieci w stanie naprężenia. Pod jednym z krzaków znaleźliśmy ładnego żółwia, długiego prawie na sześćdziesiąt centymetrów, o kopulastej, czekoladowobrązowej skorupie usianej promienistymi, żółtymi liniami. Jak wiedzieliśmy. wiele plemion otacza te stworzenia czcią. Jeśli człowiek napotka żółwia. kładzie mu na skorupie jakąś skromną ofiarę i idzie dalej swoją drogą. uważa bowiem takie zdarzenie za dobry omen. Jednak spotkanie go nie wpłynęło jakoś szczególnie korzystnie na nasze szczęście, bo przywlekliśmy się z powrotem do obozu zgrzani, wyprażeni słońcem i z pustymi rękami.

Przeciskaliśmy się między skałami, penetrując przy świetle latarek wnętrze jaskiń i wspinając się na klify, żeby rzucić okiem na małe grupy malowideł w wysoko położonych zakamarkach. Znaleźliśmy obrazy waranów, krokodyli, żółwi i kangurów oraz dużego, zgrabnie przedstawionego delfina. Niektóre zostały namalowane w tych częściach klifu, które nawet przy znanej zwinności Aborygenów wydawały się prawie niedostępne.

Tylną ścianę owej naturalnej, otwartej sali pokrywał wspaniały fryz przedstawiający czerwone ryby barramundi. Każdy z tych potworów, namalowanych z łbami pochylonymi ku dołowi, mierzył od stu dwudziestu do stu pięćdziesięciu centymetrów. Podobnie jak oglądane przez nas na Nourlangie Rock, były przedstawione w stylu rentgenogramu, lecz ze staranniejszym zobrazowaniem szczegółów. Kręgosłup, promieniste struktury płetwy ogonowej, płaty wątroby, pasma mięśni wzdłuż grzbietu, gardziel i jelito — to wszystko było odzwierciedlone. Pomiędzy tymi majestatycznymi rybami widniały żółwie o wężowych szyjach, kangury, warany, emu oraz geometryczne wzory. Deseń rozciągał się na długość piętnastu metrów pasmem wysokim na sto osiemdziesiąt centymetrów, namalowanym tak gęsto i w tak wielkiej liczbie obrazów, że łby i ogony poprzednich malowideł wystawały spod późniejszych Z podnieceniem badaliśmy jaskinię, wołając do siebie, gdy znajdowaliśmy coś nowego, inny rodzaj zwierzęcia albo szczególnie wspaniały przykład.

W każdym razie niektóre obrazy muszą sobie liczyć ponad półtora wieku, gdyż Matthew Flinders doniósł o znalezieniu podczas swojej wyprawy badawczej w 1803 roku rysunków żółwi i ryb na Chasm w zatoce Karpentaria.

Pod względem tematyki europejskie malowidła wydają się dość odmienne, przedstawiają bowiem dzikie woły, bizony, jelenie, mamuty i nosorożce. Jednak te stworzenia łączy podobieństwo z rybami barramundi, żółwiami i kangurami w jednej ważnej kwestii — do obu grup należą zwierzęta, na które polowano dla zdobycia żywności.

Byli to członkowie plemienia Gunavidji, którzy rzadko oddalają się od morza. Mężczyźni umieli budować żaglowe czółna, z których polowali na żółwie i łowili bammundi, a kobiety codziennie podczas odpływu szukały na skraju raf skorupiaków i krabów.

Magani powoli i starannie malował kangury, ludzi, ryby i żółwie. Wzory były stylizowane i proste. Przy żadnym z nich nie usiłował przedstawić dokładnego wyglądu zwierzęcia. Było to zbędne, każdy bowiem wiedział, jak wygląda kangur lub człowiek.

Co do jednej rzeczy nie można mieć większych wątpliwości — Europejczycy z epoki kamienia i dawni australijscy Aborygeni dzielili niegdyś podobny poziom zaawansowania technologicznego. Oba ludy zaliczały się do wędrownych myśliwych — jeden tropił kangury i żółwie, a drugi dzikie bawoły i mamuty. Żaden z nich nie posiadł jeszcze sekretów udomawiania zwierząt i uprawiania roślin, które umożliwiłyby im prowadzenie życia osiadłego w jednym miejscu. Być może to podobieństwo trybów życia dało początek analogicznym wierzeniom religijnym i wyjaśnia zbieżności widoczne w malarstwie obu ludów.

Autor: XYuriTT

Przygody młodego przyrodnika

Tytuł: Przygody młodego przyrodnika
Tytuł oryginału: Adventures of a Young Naturalist
Autor(zy): David Attenborough
Tłumaczenie: Adam Tuz
Rok wydania: 2017 (ENG), 2018 (PL)
Wydawnictwo: Two Roads (ENG), Prószyński i S-ka (PL)

Dlaczego w bazie: Książka wspominkowa z pierwszych wypraw przyrodniczych autora. Sporo w niej żółwich elementów, aż dziesięć, czasem krótszych, czasem dłuższych fragmentów znaleźliśmy i prezentujemy je poniżej:

Kolekcja zwierząt powoli rosła i gdy po dwóch tygodniach na sawannie lecieliśmy z powrotem do Georgetown, wieźliśmy ze sobą nie tylko naszego kajmana w ogromnej, specjalnie dopasowanej do jego rozmiarów drewnianej skrzyni, lecz także mrówkojada wielkiego, małą anakondę, kilka słodkowodnych żółwi, małpki kapucynki, papużki oraz ary. Wydawało się to całkiem niezłym początkiem. 1

Zanim dotarliśmy do Pipilipai, wsi w górnym biegu rzeki, mieliśmy już nabyte drogą handlu wymiennego ary, ptaki z rodziny tanagrowatych, małpy i żółwie, a także kilka niezwykłych, jaskrawo ubarwionych papug. 2

Przez pierwsze pół godziny Houdini zachowywał się idealnie; czubacz, przywiązany kawałkiem sznurka okręconym wokół łapy, przysiadł spokojnie na plandece okrywającej nasz sprzęt; żółwie wałęsały się po dnie łodzi, papugi i ary przyjaźnie powrzaskiwały nam do uszu, a małpki kapucynki zasiadły razem w dużej, drewnianej klatce, zajęte czułym wzajemnym przeglądem sierści. 3

Mężczyźni i kobiety leżeli w hamakach rozpiętych między belkami; inni przycupnęli na drewnianych stołeczkach, wyrzeźbionych w stylizowaną formę skorupy żółwia. 4

Pomiędzy pawilonami leżało sześć żywych żółwi z przednimi płetwami okrutnie przebitymi i związanymi rzemieniem z trzciny ratanowej. Zwierzęta pospuszczały na ziemię obleczone suchą skórą łby, mrugały powoli powiekami znużonych, szklistych oczu, roniąc obfite łzy, podczas gdy roześmiany, rozgadany tłum przemykał obok nich. Tego wieczoru miały zostać zarżnięte. Następnego dnia Mas przyprowadził nas tam ponownie. Posiadłość była jeszcze szczelniej zatłoczona ludźmi niż poprzedniego wieczoru. Wszyscy mieli na sobie odświętne stroje: mężczyźni — sarongi, tuniki i turbany, a kobiety — obcisłe bluzki i długie spódnice. Książę, pan domu, siedział ze skrzyżowanymi nogami na małym podwyższeniu w towarzystwie co ważniejszych gości — gawędzili, popijali kawę z małych filiżanek i zajadali kawałki żółwiego mięsa, nadziane na bambusowe patyki. 5

Wymieniliśmy zwierzęta, jakie mieliśmy nadzieję ujrzeć: nandu szare, kapibary, żółwie, pancerniki, wiskacze, siewki oraz pójdźki ziemne.6

Pierwszego lokatora łazienki znalazłem, gdy pewnego dnia przemierzałem konno równinę krótko po potężnej ulewie. Wybiegi były przesiąknięte wodą i w zagłębieniach gruntu utworzyły się szerokie, płytkie sadzawki. Kiedy przejeżdżałem obok jednej z nich, zauważyłem nad powierzchnią wody drobny, podobny do żabiego pysk, którego właściciel przyglądał mi się z powagą. Kiedy zsiadłem z konia, pysk zniknął w mulistym wirze. Przywiązałem wierzchowca do płotu i usiadłem, żeby zaczekać. Wkrótce pysk wychynął znowu przy dalszym brzegu sadzawki Ruszyłem naokoło bajorka w jego kierunku i szybko znalazłem się dostatecznie blisko, by dojrzeć, że czymkolwiek to dociekliwe stworzonko mogło być, to z pewnością nie było żabą. Ponownie zniknęło i odpłynęło pod powierzchnią, wzburzając za sobą mętny ślad, który urwał się, gdy zwierzę się zatrzymało. Zanurzyłem rękę w wodzie i wyjąłem małego żółwia.
Miał piękne, czarno-białe wzory na spodniej stronie pancerza i szyję tak długą, że nie mógł jej wyprostowanej wciągnąć do wnętrza jak żółw lądowy, tylko musiał zgiąć ją na bok. Był to przedstawiciel podrzędu żółwi boko-szyjnych, czyli stworzenie niezbyt rzadkie, ale zajmujące. Byłem całkowicie pewien, że zdołamy znaleźć w samolocie miejsce dla zwierzęcia tak niewielkiego i atrakcyjnego, nawet gdyby musiało podróżować w mojej kieszeni. Napełniona do połowy wanna z paroma umieszczonymi w głębszym końcu kamieniami, na które gad mógłby się wspinać, gdy mu się znudzi pływanie, stanowiła dlań doskonałe siedlisko.
Dwa dni później w jednym ze strumieni znaleźliśmy mu partnera. Kiedy oba żółwie spoczywały bez ruchu na dnie wanny, wystawiały na pokaz dwa jaskrawe, czarno-białe, mięsiste fałdy zwisające im spod brody niczym żaboty prawników. Być może te dziwaczne dodatki, którymi właściciel może poruszać, jeśli tylko zechce, służą jako wabiki przyciągające małe rybki śmiertelnie blisko paszczy żółwia leżącego niby kamień na dnie sadzawki. Jednak nasze żółwie nie musiały ich używać, bo co wieczór podawaliśmy im szczypcami wyproszone w kuchni surowe mięso. Jadły z zapałem, wyrzucając szyje do przodu i chwytając w paszcze kawałki mięsa. Kiedy tylko kończyły posiłek, wyjmowaliśmy je z wody i pozwalaliśmy im wędrować po wyłożonej kafelkami podłodze, podczas gdy sami korzystaliśmy z wanny w bardziej konwencjonalny sposób. 7

Napełniłem umywalkę do połowy wodą i przeniosłem do niej żółwie.8

Pobyt w W. Caabó trwał krótko. Dwa tygodnie po naszym przylocie firmowy samolot wrócił, żeby zabrać nas z powrotem do Asunción. Było w komfortowe i fascynujące interludium, więc żałowaliśmy, że musimy już wyjeżdżać. Zabraliśmy ze sobą pancerniki, żółwie, małego oswojonego lisa podarowanego nam przez jednego z peonów, a także niezapomniane wspomnienia oraz film o garncarzach, pójdźkach ziemnych, siewkach, nandum wiskaczach i zapewne najbardziej pamiętnych bohaterach — gigantycznym stadzie kapibar. 9

Zachwycony urzędnik odczytał ją na głos. Kiedy doszedł do pancerników, zmarszczył brwi i sięgnął po opasły tom z przepisami. Po dość znacznym czasie spędzonym na studiowaniu indeksu podniósł na nas wzrok.
— Czy mogę wiedzieć, co to za zwierzęta?
— Pancerniki. To naprawdę dość urocze, małe stworzenia z twardymi skorupami ochronnymi.
— Ach, żółwie.
— Nie. Pancerniki.
— Może to jakiś rodzaj homarów?
— Nie, to nie homary — odparłem cierpliwie. — To pancerniki.
— Jak brzmi ich nazwa po hiszpańsku?
— Armadillo
— A w guarani?
— Tatu.
— A po angielsku?
— To dosyć dziwne — odpowiedziałem żartobliwie — ale też armadillo. 10


1. After several days at Karanambo, we returned to Lethem. Slowly the animal collection grew and when, after two weeks on the savannahs, we flew back to Georgetown, we took with us not only our caiman, lying in a huge tailor-made wooden crate, but a giant anteater, a small anaconda, some fresh water turtles, capuchin monkeys, parakeets and macaws. It seemed a reasonable beginning.


2. By the time we were nearing Pipilipai, the village at the head of the river, we had bartered beads for macaws, tanagers, monkeys and tortoises as well as several unusual and brightly colored parrots.


3. Houdini behaved perfectly for the first half-hour; the curassow, tethered by a piece of string round its ankle, perched peacefully on the tarpaulin covering our equipment; tortoises rambled about the bottom of the canoe, parrots and macaws screeched amicably in our ears, and the capuchin monkeys sat together in a large wooden cage, affectionately examining one another’s fur.


4. Men and women lay in hammocks, crisscrossing from beam to beam; others squatted on small wooden stools carved in the stylized form of a tortoise.


5. Between the pavilions lay six turtles still alive, their fore-flippers cruelly pierced and tied with a thong of rattan cane, their dry leathery heads sunk to the ground. They blinked slowly, their weary glazed eyes weeping copiously as the laughing, chattering crowd swept round them. They would be slaughtered that evening.
The next day Mas took us back to the house. The courtyard was even more tightly packed with people than it had been on the preceding night. All were wearing their best clothes, the men in sarongs, tunics and turbans, the women in tight blouses and long skirts. The prince, the head of the household, sat cross-legged on a small platform chattering to the more important guests, drinking small cups of coffee and eating gobbets of turtle meat spitted on bamboo sticks.


6. We told him what animals we hoped to see—rheas, capybara, turtles, armadillos, viscachas, plovers and burrowing owls.


7. I found the first lodger for the bathroom one day when I was out riding on the camp shortly after a heavy rainstorm. The paddocks were waterlogged and in the hollows, wide shallow pools had formed. As I rode past one of them, I noticed a small frog-like face peering above the surface of the water, gravely inspecting me. As I dismounted, the face disappeared in a muddy swirl. I tied my horse to the fence and sat down to wait. Soon the face appeared again from the farther edge of the pool. I walked round toward it and was soon close enough to see that whatever else this inquisitive little creature might be, it was not a frog. Again it vanished and swam away beneath the surface, stirring up a cloudy line as it went. The trail stopped as the animal settled. I put my hand into the water and brought up a small turtle.
He had a beautifully marked underside, patterned in black and white, and a neck so long that he was unable to retract it straight inward like a tortoise, but had had to fold it sideways. He was a side-necked turtle—not a rare creature, but an engaging one, and I was quite sure that we could find room in the airplane for one so small and attractive, even if he had to travel in my pocket. The bath, half-filled, with a few boulders in the deep end on which he could climb when he was bored with swimming, made him an excellent home.
Two days later, in one of the streams, we found him a mate. As the pair of them lay motionless on the bottom of the bath, each displayed two brilliant black and white fleshy tabs which hung down from beneath their chins like lawyers’ bands. It may be that odd appendages, which their owner can move about if it wishes to do so, serve as lures to attract small fish fatally close to the turtle’s mouth as it lies unobtrusive and stone-like on the bottom of the pond. But our turtles had no need to use
them, for each evening we begged some raw meat from the kitchen and offered it to them with a pair of forceps. They fed eagerly, shooting their necks forward to engulf the meat in their mouths. As soon as they had finished their meal, we took them out of the water and let them wander around on the tiled floor while we used the bath for its more conventional purpose.


8. I half-filled the hand basin and transferred the turtles to it.


9. Our stay at Ita Caabo was only a short one. Two weeks after we had arrived, the company’s plane returned to take us back to Asunción. It had been a comfortable and fascinating interlude and we were sorry to go. We took back with us the mulitas, the turtles, a little tame fox given us by one of the peones, and unforgettable memories and film of ovenbirds and burrowing owls, plovers and rheas, viscachas and, perhaps most memorable of all, the giant herd of capybara.


10. He read it through out loud, in a wondering tone of voice. When he came to the armadillos, his brow furrowed and he reached down a bulky manual of regulations. After studying the index for some considerable time, he looked up at us.
“What are these animals, please?”
“Armadillos. They are rather charming little creatures, actually, with hard protective shells.”
“Oh, tortoises.”
“No. Armadillos.”
“Maybe they are a kind of lobster.”
“No, they are not lobsters,” I said patiently. “They are armadillos.”
“What is their name in Spanish?”
“Armadillo.”
“In Guarani?”
“Tatu.”
“And in English?”
“Strangely enough,” I said jocularly, “armadillo.”


Autor: XYuriTT